Od razu zdumiało ich powietrze. Przyjemne letnie ciepło, takie, jakie można przeżyć o poranku w południowych krajach, zanim słońce zacznie zbyt mocno przypiekać. No i jeszcze zapachy, niesłychane ich bogactwo, jak gdyby znaleźli się w wielkim ogrodzie pełnym ziół, których woń mieszała się z egzotycznymi aromatami.

Śliczne domki rozmieszczono tak umiejętnie, że nie psuły wrażenia całości. Najdziwniejsze jednak było to, że wszędzie dookoła chodziły wolno zwierzęta, i to takie, których większość z przybyłych nigdy nie widziała. Indra, Marco i jeszcze kilkoro innych pamiętali je z czasów na powierzchni Ziemi albo z książek przyrodniczych. Ujrzeli tu wiele takich gatunków, które w normalnych warunkach nie żyły obok siebie. Na przykład trawę szczypały dwa bengalskie tygrysy.

No cóż, wielu z nich było świadkami, jak pod wpływem Marca krwiożercze drapieżniki zaczynały akceptować jako pożywienie trawę. Coś podobnego musiało zdarzyć się i tutaj, ale kto był tego sprawcą? Berengaria natychmiast spytała Marca, lecz on do niczego nie chciał się przyznać. Nigdy przecież tu nie był i nie widział tych zwierząt.

Najmłodsze dziewczynki znalazły małe jagnięta i za wszelką cenę próbowały je utulić, owieczki jednak prędko uciekły.

– Tylko bez niemądrych pomysłów, Freki – mruknęła Indra do olbrzymiego wilka.

– Za kogo ty mnie masz – odwarknął Freki.

Z najbliżej stojącego ślicznego domku wyszedł młody człowiek i witają ich z daleka, podniósł rękę.

– Armas? – wykrzyknęli z niedowierzaniem i ruszyli mu na spotkanie.

– Zaczekajcie, zaczekajcie! – zapaliła się Indra. -Ach, jakież to ciekawe! Jesteśmy w zewnętrznej części terytorium Obcych, prawda? Tu, gdzie ty mieszkasz?

– Błyskotliwa konkluzja, Indro – roześmiał się Armas. – Witajcie wszyscy!

– Dziękujemy – powiedział Marco. – Ale te zwierzęta? Wyjaśnij nam to, Armasic.



48 из 154