
– Wydaje mi się, że wiem, co to znaczy kochać -powiedział ostrożnie, nie śmiąc nawet zerknąć w stronę Berengarii. – Wiem, co znaczy kochać kogoś aż do bólu i tęsknić, pragnąć.
Misza uczynił w tym momencie coś, co nie było zbyt ładne z jego strony: potraktował jedną dziewczynę za substytut innej, sam jednak nie zdawał sobie z tego sprawy, w dodatku nic umiał poruszać się po zawiłych ścieżkach konwenansów. Szepnął na poły naiwnie, na poły z poczuciem winy:
– Eleno, czy moglibyśmy gdzieś na jakiś czas zostać sami?
Elenę przeniknął dreszcz.
– Tak – odszepnęła. – Ale nie tutaj. Dopiero gdy wrócimy z powrotem do Królestwa Światła.
– To dobrze.
Miszy zamgliły się oczy.
– Czy będziesz mogła zrobić to jeszcze raz?
– Dotknąć twojego kolana?
– Nie, nie, wiesz, co mam na myśli.
Elena czuła, że się czerwieni. Zresztą zawsze stawała w pąsach z najbłahszych powodów.
Co odpowiedzieć na takie pytanie, zwłaszcza gdy jest się tak szczęśliwym i podnieconym, że ledwie można oddychać? Misza jej pragnął! Nareszcie jakiś chłopak miał wobec niej poważne zamiary. Posłała triumfujące spojrzenie Berengarii, lecz kuzynka nie patrzyła na nich. Żartowała z Sassą, Lilją i innymi dziewczętami.
Elena nie zdążyła odpowiedzieć Miszy, bo właśnie Strażnik Góry wstał. Starczyło jej czasu jedynie na to, by przez moment uścisnąć dłoń chłopaka. Potem oboje musieli wysłuchać, co ma im do powiedzenia ojciec Armasa.
– Jeśli wszyscy już nabrali sił, to możemy wyruszyć w dalszą drogę.
– W dalszą drogę? – zdumiał się Dolg. – Sądziłem, że teraz już wrócimy do domu.
– Nie, nie – uśmiechnął się Strażnik Góry. – Teraz udacie się do wewnętrznej części królestwa Obcych, do samego jądra.
Ta wiadomość niemal ich ogłuszyła.
