
Okolica była dość rozległa, a ten, kto sterował gondolami, nadał im prędkość umożliwiającą pasażerom dokładne przyjrzenie się wszystkiemu.
Wszędzie były zwierzęta, spokojne, zdrowe. Domy tworzyły osady, dzielnice willowe, lecz nigdzie nie widać było żadnego miasta. Między osadami królowała przyroda, zielone łąki pełne kwiecia, drzewa w bujnych gajach, tu i ówdzie niezwykłe lasy wysokich, prostych, podobnych do sosen drzew, które jednak zamiast igieł miały liście. Kiedy sunęli wśród tych lasów, ogarnęło ich nagle wrażenie, jakby znaleźli się w katedrze, jak gdyby drzewa rosły tu od eonów lat i śpiewały mroczną, melancholijną pieśń niczym chór mnichów, pieśń o minionych czasach i dawno ukrytych tajemnicach. Nagle jednak dookoła zrobiło się jaśniej i drogę przegrodziła przezroczysta biała ściana.
Ona również się rozsunęła, przepuszczając gondole.
I jeszcze jedna ściana! W niej także było tajemnicze przejście, przez które się przesunęli.
Jeszcze jedna? A cóż to za zabezpieczenia? Tym razem jednak gondola zatrzymała się między dwiema ścianami i wszyscy musieli wysiąść.
Dość niepewni stanęli przy pojazdach. Gondagil trzymał na rękach małego Harama, chłopczyk jasnymi zdziwionymi oczkami wpatrywał się w niemal oślepiająco białe otoczenie.
Misza podniósł wzrok.
– Sufit opada – stwierdził przerażony.
– A ściany się przybliżają – dodała równie wystraszona Sassa.
Nagle ze ścian i z sufitu buchnęła biała para.
– Ratunku, zagazują nas! – zawołała Elena.
– Uspokój się! – krzyknął Móri. – Nie rób paniki! To wcale nie jest gaz.
– Dezynfekcja – spokojnie powiedział Ram. – Zachowajcie spokój, nic nam nic grozi.
Wszyscy wiedzieli, że Elena jest najsłabszym ogniwem w całym ich gronie przyjaciół. Zawsze tak było i pozostali mieli na to wzgląd, nie każdy wszak musi być twardzielem.
Otulenie w mgłę o delikatnym zapachu nie należało do przyjemności. Gwiazdeczka zaczęła demonstracyjnie kaszleć, a Kata zaraz poszła w jej ślady. W końcu dziewczynki usiłowały zagłuszyć jedna drugą tym kasłaniem.
