
– Nie mam odwagi, ostre światło sprawiło mi taki ból.
Proszę wyłączyć monitor, siostro. Dobrze, teraz możesz jeszcze raz spróbować, Misza.
Profesor pochylił się nad chłopakiem, a Misza wystraszony zaczął głośno krzyczeć.
– Ależ, mój drogi, czyżbym doprawdy był aż tak przerażającą osobą? – mruknął profesor, uśmiechając się leciutko, i znów się wyprostował. – Misza, weź teraz za rękę swoją matkę, poznajesz ją, prawda? Natasza, przysuń mu rękę przed oczy. O, tak, właśnie tak, widzisz tę rękę, Misza?
Chłopak przestraszony cofnął się z całym krzesłem, lecz usiłował skupić wzrok na niezwykłym kształcie rysującym mu się przed oczami.
– Coś tu jest – powiedział drżąco. – Coś jasnego. Ale to jedynie…
– Cień?
– Tak – odparł niepewnie. – Czy to właśnie oznacza „widzieć”?
– Trochę potrwa, zanim twoje oczy nauczą się patrzeć. Wzrok musi się ustabilizować, potem wszystko na pewno będzie dobrze.
Ale w głosie profesora brzmiała troska.
– No cóż, teraz cię opuścimy, zostanie z tobą tylko Jaskari, on się będzie tobą opiekował. Operacja się udała, Misza, ale raczej nie powinieneś jeszcze przeglądać się w lustrze.
– A co to takiego lustro?
– To taka rzecz, w której możesz obejrzeć samego siebie. Na razie jednak twoja twarz nie wygląda najlepiej, pokryta jest sińcami, no i brzegi ran też mogłyby być ładniejsze. Chodźmy już stąd, chłopiec potrzebuje spokoju.
– Mamo – powiedział Misza.
– Jestem tutaj.
Ale matka podobnie jak wszyscy i wszystko inne w pokoju była jedynie rozmazaną plamą.
Próbował sięgnąć do jej ręki, lecz wszystkie plamy zaczęły się oddalać, aż w końcu zniknęły.
Zapadła cisza.
– Teraz uwolnię cię z tych rzemieni – rozległ się głos Jaskariego. – Będziesz mógł wyjrzeć przez okno.
Misza już chciał zaprotestować, oświadczyć, że zdolność widzenia wcale nie jest zabawna, ale pozwolił Jaskariemu robić to, co tamten chciał.
