Waszyngton DC., w kwietniu 1996 roku

PRZEDMOWA

Jakkolwiek zgorszę wielu Czytelników słowami, które nastąpią, wypowiedzenie ich uznałem za swój obowiązek. Książek takich jak ta nigdy dotąd nie pisałem, a że nie jest w zwyczaju, by matematyk poprzedzał swoje prace wynurzeniami osobistej natury mogłem ich sobie oszczędzić.

Wskutek niezależnych ode mnie okoliczności uwikłany zostałem w zdarzenia, które pragnę przedstawić. Powody, dla jakich poprzedzam ów opis rodzajem wyznania, wyjaśnią się później. Chcąc mówić o sobie, trzeba wybrać jakiś układ odniesienia; niechaj nim będzie ostatnio wydana moja biografia, pióra profesora Harolda Yowitta. Yowitt nazywa mnie umysłem największego formatu, bo atakowałem zawsze problemy najtrudniejsze z dzisiaj dostępnych. Wskazuje, że nazwisko moje znaleźć można było tam, gdzie toczyły się prace radykalnej destrukcji dziedzictwa naukowego i budowania nowych ujęć, na przykład w rewolucji matematycznej, w fizykalizowaniu etyki albo i w projekcie MAVO.

Doszedłszy w lekturze do miejsca, w którym o destrukcji mowa, oczekiwałem za słowami o moich skłonnościach niszczycielskich dalszych i śmielszych wniosków i pomyślałem, że wreszcie znalazłem biografa, co zresztą wcale mnie nie uradowało, ponieważ obnażać się samemu nie jest tym samym, czym – zostać obnażonym. Jednakże Yowitt, jak gdyby przelękniony własną przenikliwością, wraca potem – niekonsekwentnie – do obiegowej wersji mojej osoby jako tyleż uporczywego w pracy, co skromnego geniusza, cytując nawet kilka anegdot o mnie z żelaznego repertuaru.

Mogłem więc odstawić tę książkę ze spokojem na półkę, do innych moich biografii, ponieważ ani mi wtedy w głowie postało, że będę niebawem nacierał na pochlebczego portrecistę. Zauważyłem przy tym, że niewiele już zostało na półce miejsca. Przypomniało mi to, jak mówiłem kiedyś Yvorowi Baloyne, że umrę, kiedy ta półka się wypełni. Wziął to za żart, ja zaś nie oponowałem, chociaż wyraziłem rzetelne przekonanie, którego bzdurność nie umniejsza jego autentyczności. Tak więc – wracam do Yowitta – raz jeszcze udało mi się albo, wedle woli, nie udało się, i mając w sześćdziesiątym drugim roku życia dwadzieścia osiem woluminów poświęconych własnej osobie, pozostaję doskonale nieznany. Czy zresztą wolno tak mówić?



2 из 208