
Cóż jednak mówić dopiero o bezliku wersji sensacyjnych, przypominających owe potrawy zamrożone, tak gotowe do natychmiastowego spożycia, że niemal przeżute, które za szybką celofanową wyglądają o wiele lepiej, aniżeli smakują. Przyczyną ich pozornie różnorodnego wyglądu jest coraz to inny, ale zawsze bajecznie kolorowy sos. Szpiegowsko-politycznym zaprawił swą serię reportaży LOOK (wkładając mi w usta słowa, których nigdy nie wypowiedziałem), w New Yorkerze była to substancja subtelniejsza, bo z dodatkiem pewnych wyciągów filozoficznych, a znów w „Mavo – the True Story” – doktor medycyny W. Shaper dał wykładnię zdarzeń psychoanalityczną, z której dowiedziałem się, że ludźmi Projektu powodowała libido, wynaturzona projekcjami najnowszej – kosmicznej – mitologii seksu. Doktor Shaper znajduje się również w posiadaniu dokładnych wiadomości o życiu seksualnym cywilizacji kosmicznych.
Nie jestem w stanie pojąć, czemu na drogi publiczne nie wpuszcza się ludzi pozbawionych prawa jazdy, natomiast na półki księgarskie mogą się dostawać w dowolnej ilości książki osób pozbawionych przyzwoitości – że nawet nie wspomnę o wiedzy. Inflacja słowa drukowanego spowodowana jest, zapewne, wykładniczym wzrostem liczby piszących, ale w równej mierze – polityką edytorską. Dziecięctwem naszej cywilizacji był stan, w którym czytać i pisać umiały tylko osoby wybrane, rzetelnie wykształcone, i podobne kryterium działało też po wynalezieniu druku, a jeśli nawet wydawano dzieła głupców (czego uniknąć całkowicie chyba niepodobna), to ich ogólna liczba nie była astronomiczna jak dzisiaj. Obecnie w zalewie tandety tonąć muszą publikacje cenne, ponieważ łatwiej jest odnaleźć książkę wartościową wśród dziesięciu kiepskich, aniżeli ich tysiąc w milionie. Nadto nieuchronne staje się zjawisko pseudoplagiatu – mimowolnego powtarzania cudzych a nieznanych myśli.
Nie mogę mieć pewności, że to, co piszę, nie jest podobne do czegoś, co już napisano.
