
– Nie miałam na myśli adopcji – odparła lodowatym głosem Livia.
– Ach, nie? A więc co miałaś na myśli?
– Nasz ślub. Możemy się pobrać, a formalności związane z adopcją będą toczyły się własnym trybem. Te dwie sprawy nie są od siebie zależne.
– Pewnie, że nie są – przytaknął Montalbano, który czuł, że grunt nieuchronnie zaczyna mu się palić pod stopami.
– Chcę jasnej odpowiedzi na pytanie, które ci teraz zadam – ciągnęła nieubłaganie Livia. – Załóżmy, że adopcja okaże się niemożliwa. Jak sądzisz, czy wtedy i tak się pobierzemy, czy nie?
Potężny i nagły grzmot przyniósł mu wybawienie.
– Co to było? – spytała Livia.
– Grzmot. Mamy tu potworną bu…
Odłożył słuchawkę i wyciągnął sznur z gniazdka.
Nie mógł zasnąć. Kręcił się w łóżku i wiercił, raz po raz zaplątując się w prześcieradło. Około drugiej pogodził się z myślą, że tej nocy nie zaśnie. Wstał, ubrał się, wziął skórzany plecak, podarowany mu jakiś czas temu przez pewnego włamywacza, z którym niebawem się zaprzyjaźnił, wsiadł do samochodu i ruszył. Burza przybierała na sile, od błyskawic robiło się jasno jak w dzień. Na wysokości twingo zjechał pod drzewa i wyłączył reflektory. Ze schowka wyjął pistolet, rękawiczki i latarkę. Odczekał, aż deszcz się przerzedzi, kilkoma susami przeskoczył szosę, podbiegł alejką do willi i przywarł do drzwi. Nacisnął guzik dzwonka i długo trzymał na nim palec, ale nikt się nie odezwał. Włożył rękawiczki i ze skórzanego plecaka wyjął dużą obręcz, na której zawieszonych było kilkanaście wytrychów o różnym kształcie. Przy trzeciej próbie drzwi się otworzyły – nie były zamknięte na klucz, tylko zatrzaśnięte. Wszedł i znów zatrzasnął je za sobą. Po ciemku pochylił się, zdjął przemoczone buty i stanął na podłodze w samych skarpetkach. Włączył latarkę, kierując światło na parkiet. Znajdował się w przestronnej jadalni, do której przylegał salon. Meble pachniały lakierem, wszystko było nowe, czyste i utrzymane w nieskazitelnym porządku.
