
— Jakim kosztem? — spytała ostro pani Camden.
— Żadnym. Nie wykryliśmy żadnych negatywnych skutków ubocznych.
— Jak dotąd.
Susan wzruszyła ramionami.
— Jak dotąd.
— Ale najstarsze ma dopiero cztery lata!
Ong i Krenshaw przyglądali się jej uważnie. Susan zdołała uchwycić moment, kiedy pani Camden zdała sobie z tego sprawę. Opadła z powrotem na fotel i szczelnie otuliła się futrem. Jej twarz znów przybrała nieokreślony wyraz.
Camden nawet nie spojrzał na żonę. Wydmuchnął obłoczek tytoniowego dymu.
— Wszystko odbywa się jakimś kosztem, doktor Melling.
Susan spodobał się sposób, w jaki wymawiał jej nazwisko.
— Na ogół tak. Szczególnie, jeśli chodzi o modyfikacje genetyczne. Ale mówię panu uczciwie, że tym razem nic takiego nie udało nam się wykryć, pomimo wielu starań. — Uśmiechnęła się, spoglądając mu prosto w oczy. — Czy naprawdę nie może pan uwierzyć, że ten jeden, jedyny raz wszechświat podarował nam coś tak doskonale i absolutnie pozytywnego, coś, co może stać się ogromnym krokiem naprzód, bez żadnych ukrytych kar?
— To nie wszechświat, a raczej intelekt ludzi takich jak pani — powiedział Camden, zaskakując Susan jeszcze bardziej niż dotąd. Ich spojrzenia spotkały się. Zakłuło ją w piersiach.
— Sądzę, że filozofia wszechświata pozostaje na razie poza kręgiem naszych zainteresowań — odezwał się Ong. — Panie Camden, jeśli nie ma pan więcej pytań natury medycznej, możemy powrócić do kwestii prawnych, które poruszyli pani Sullivan i pan Jaworski. Dziękuję pani, doktor Melling.
Susan skinęła mu głową. Już nie spojrzała więcej na Camdena, lecz wiedziała doskonale, co mówił, i że był tuż obok.
* * *
Dom wyglądał niemal dokładnie tak, jak go sobie wyobrażała: wielki prawie Tudor nad wodami Michigan, na północ od Chicago. Od bramy aż do samej rezydencji posiadłość porastały gęsto drzewa, zaś od strony jeziora pozostawiono otwartą przestrzeń. Uśpioną trawę pstrzyły łatki śniegu. Instytut Biotechniki współpracował z Camdenami już od czterech miesięcy, ale Susan była tu po raz pierwszy.
