Śniadań nie lubiła. Tatuś był już wtedy w biurze, a ona i Alice jadły z mamusią. Mamusia siedziała w czerwonym szlafroku, który Leisha lubiła, i jeszcze nie pachniała tak dziwnie i nie mówiła dziwnie jak później. Ale mimo to śniadania wcale nie były zabawne. Mamusia zawsze zaczynała od tego samego pytania:

— Alice, kochanie, jak ci się spało?

— Dobrze, mamusiu.

— Śniło ci się coś ładnego?

Przez długi czas Alice odpowiadała, że nie. Aż jednego dnia powiedziała:

— Śnił mi się koń. Jeździłam na nim.

Mamusia klasnęła w dłonie, pocałowała ją i pozwoliła jej zjeść jeszcze jedną słodką bułeczkę. Od tego czasu Alice zawsze opowiadała mamie jakiś sen.

Pewnego dnia Leisha powiedziała:

— Ja też miałam sen. Śniło mi się, że przez okno weszło światło, owinęło mnie jak koc, a potem pocałowało w oczy.

Mama odstawiła filiżankę tak gwałtownie, że kawa wylała się na spodek.

— Nie kłam, Leisho. Nic ci się nie śniło.

— Śniło — upierała się Leisha.

— Tylko dzieci, które śpią, mogą mieć sny. Nie kłam. Nic ci się nie śniło.

— A właśnie, że się śniło! — krzyknęła Leisha. Przecież prawie widziała strumień światła od okna, który owijał ją jak koc.

— Nie będę tolerować w domu kłamczuchy, słyszysz Leisho? Nie będę tolerować!

— Sama jesteś kłamczucha! — krzyknęła Leisha. Wiedziała, że to nieprawda i nie znosiła siebie za to, że tak powiedziała, ale jeszcze bardziej nie znosiła teraz mamy. Alice siedziała bez ruchu z szeroko otwartymi oczyma, bała się i to też była wina Leishy. Mama krzyknęła ostro:

— Nianiu! Nianiu! Proszę natychmiast zabrać Leishę do jej pokoju. Nie może siedzieć wśród dobrze wychowanych ludzi, jeżeli nie potrafi powstrzymać się od opowiadania kłamstw.



18 из 429