
— Nie. Tylko ty jesteś.
— Dlaczego nie zrobiłeś tak, żeby Alice też była wyjątkowa?
— Bo Alice sama się zrobiła i dlatego nie może być wyjątkowa.
To wszystko było za trudne. Leisha przestała gładzić płatki kwiatu i ześlizgnęła się z kolan taty. Uśmiechnął się do niej.
— Moja mała pytalska. Kiedy dorośniesz, sama odnajdziesz własną doskonałość. I będzie to coś zupełnie nowego, coś, czego świat jeszcze nie oglądał. Może nawet będziesz kimś takim jak sam Kenzo Yagai. Wiesz, on wynalazł generator, który napędza cały świat.
— Tatusiu, śmiesznie wyglądasz w tej folii do kwiatków — zaśmiała się Leisha.
Tatuś też się roześmiał, ale wtedy ona powiedziała:
— Kiedy dorosnę, wymyślę sobie taką wyjątkowość, żebym mogła zrobić, by Alice też była wyjątkowa — i przestał się śmiać.
Tej nocy guwernantka nauczyła ją pisać własne imię, co było tak podniecające, że zupełnie zapomniała o rozmowie z tatą. Sześć liter, każda inna, a razem tworzyły jej imię. Wpisywała je wciąż od nowa, roześmiana, a guwernantka śmiała się razem z nią. Ale później, rano, Leisha znów rozmyślała o rozmowie z tatą. Myślała o niej często, wciąż obracając w myślach nieznajome słowa jak twarde kamyczki, ale to, co wracało najczęściej, nie było słowem. To było chmurne spojrzenie tatusia, kiedy powiedziała mu, że chce użyć swej wyjątkowości tak, żeby Alice też była wyjątkowa.
* * *
Co tydzień przyjeżdżała do dziewczynek doktor Melling, czasem sama, czasem z kimś jeszcze. Obie lubiły panią doktor, która często się śmiała i miała jasne, pełne ciepła oczy. Nierzadko zaglądał wtedy do nich tato. Doktor Melling bawiła się z nimi w różne gry, najpierw z każdą z osobna, potem z obiema naraz. Ważyła je i robiła im zdjęcia. Kazała kłaść się na stole i przykładała im do skroni małe metalowe przedmioty, co wyglądało trochę strasznie, ale wcale się nie bały, bo można było wtedy przyglądać się maszynom, które wydawały różne dźwięki. Doktor Melling umiała odpowiadać na pytania tak samo dobrze jak tatuś. Kiedyś Leisha zapytała:
