
— Ale i to jeszcze nic — oznajmiła Leisha, zrywając się z krzesła. — Najgorzej, kiedy wciągnie cię jakiś film i już dochodzisz do najważniejszego momentu, robi się tak cholernie pięknie, że skaczesz z radości i wołasz: Tak! Tak!, a Susan na to: „Doprawdy, Leisho, można by pomyśleć, że przed tobą nikt nigdy niczym się nie cieszył”.
— Kto to jest Susan? — zapytał Keller.
Nastrój prysł. Leisha mogła odpowiedzieć: Moja macocha, nie czując żalu o to, czym Susan obiecywała być ani o to, czym w końcu się stała. Keller stał oddalony zaledwie o krok i uśmiechał się ze zrozumieniem. Raptem poczuła tak gwałtowną ulgę, że bez namysłu podeszła do niego i objęła za szyję. Kiedy poczuła, że wzdryga się zaskoczony, przytuliła się jeszcze mocniej. Zaczęła łkać — ona, Leisha, która nigdy nie płacze.
— Hej! — mruknął Richard. — Hej!
— Błyskotliwa — zaśmiała się przez łzy. — Ależ błyskotliwa uwaga. Wiedziała, że chłopak uśmiechnął się, zażenowany.
— Może wolałabyś obejrzeć moje krzywe migracji ławic?
— Nie — załkała w odpowiedzi, więc dalej trzymał ją w objęciach, poklepując niezgrabnie po plecach. Bez słowa zapewniał ją, że jest wśród swoich.
* * *
Camden czekał na nią, choć było już po północy. Palił papierosa za papierosem. Powietrze posiwiało od dymu. Zapytał cicho:
— Dobrze się bawiłaś, Leisho?
— Tak.
— Cieszę się — odpowiedział i zgasiwszy ostatniego papierosa, ruszył po schodach na piętro — powoli, sztywno, bo przecież dobiegał już siedemdziesiątki — żeby położyć się spać.
* * *
Prawie przez cały rok wszędzie chodzili razem: na basen, na dyskoteki, do muzeów, do teatrów i bibliotek. Richard przedstawił ją dwunastce Bezsennych. Byli w różnym wieku, od czternastu do dziewiętnastu lat. Wszyscy niezwykle inteligentni i pełni zapału.
