
— Naturalnie. Chciałbym przedstawić swoją ofertę komuś, kto ma dość kompetencji, by ją przyjąć. Chodzi przecież o zwykły dobry interes.
— To nie jest tylko i wyłącznie transakcja handlowa, panie Camden.
— Nie jest to także tylko i wyłącznie przedmiot badań naukowych — odparował Camden. — Wasza instytucja ma przecież przynosić dochód. I korzystacie przy tym z ulg podatkowych przysługujących tylko firmom, które respektują pewne regulacje prawne.
Przez chwilę Ong nie mógł się zorientować, co tamten ma na myśli.
— Pewne regulacje prawne?
— Które mają na celu ochronę praw mniejszości, także łożących na wasze utrzymanie. Wiem, że nie wykorzystywano ich jeszcze do obrony praw klientów, z wyjątkiem ograniczania dostępu do instalacji energii Y. Ale w każdej chwili można je wypróbować, doktorze Ong. Mniejszości mają prawo korzystać z tych samych ofert handlowych, co ogół. Wiem, że Instytut nie byłby zadowolony z procesu sądowego, doktorze. Tymczasem wśród rodzin, w których przeprowadzono genetyczne testy beta, nie ma ani kolorowych, ani Żydów.
— Rozprawa sądowa? Przecież pan nie jest ani kolorowym, ani Żydem.
— Należę do innej mniejszości. Jestem Amerykaninem polskiego pochodzenia. Kiedyś nazywałem się Kamiński. — Camden w końcu wstał. I uśmiechnął się ciepło. — Niech pan posłucha. To przecież śmieszne. Pan wie i ja wiem, że dziennikarze i tak się do tego dorwą. I wie pan też, że nie mam ochoty pozywać was pod tak niepoważnym zarzutem, mając na uwadze chociażby przedwczesny i nieprzyjemny rozgłos, jaki towarzyszyłby tej sprawie. Nie chcę nikogo straszyć, może mi pan wierzyć. Chcę jedynie, aby moja córka mogła skorzystać z tak wspaniałego osiągnięcia. — Wyraz jego twarzy znów się zmienił. Ong ujrzał na niej coś, czego nigdy by się nie spodziewał: smutną zadumę. — Doktorze, czy wie pan, ile mógłbym dokonać, gdybym nie musiał spać?
