Kiedy nadeszła jej kolej, piła powoli, potem przekazała szklankę Richardowi. Głowa zaczęła jej ciążyć, jakby ktoś wypchał ją mokrymi szmatami. Drzewa na skraju polany zatraciły kontury. Kształt przenośnej lampy także się zamazał — już nie była jasna i czysta, lecz pomarańczowa, kleista, jakby czymś poplamiona. Gdyby jej dotknęła, na pewno pobrudziłaby rękę. Potem umysł powoli zaległa ciemność, Leisha odpłynęła gdzieś — jej umysł gdzieś odpływał! Próbowała krzyknąć: Tato!… lecz w tej chwili ciemność zamazała wszystko.

Później wszyscy cierpieli na okropny ból głowy. Droga powrotna przez zagajnik w bladym świetle poranka była jak tortura, której dodatkowo towarzyszyło dziwne uczucie wstydu. Starali się nie dotykać siebie nawzajem. Leisha próbowała trzymać się jak najdalej od Richarda.

Odezwała się tylko Jennifer.

— No to już wiemy — oświadczyła.

Minął cały dzień, zanim ustało bolesne pulsowanie gdzieś u podstawy czaszki i uczucie nudności w żołądku.

Co gorsza, nic jej się nawet nie śniło.


* * *

— Chciałabym, żebyś dzisiaj poszła tam ze mną — mówiła Leisha po raz dziesiąty czy dwunasty. — Za dwa dni porozjeżdżamy się do różnych szkół, to ostatnia szansa. Naprawdę chcę, żebyś poznała Richarda.

Alice leżała na brzuchu w poprzek łóżka. Brązowe, matowe włosy rozsypały się swobodnie wokół jej twarzy. Miała na sobie kosztowny jedwabny kombinezon z pracowni Ann Paterson.

— Po co? Dlaczego tak cię obchodzi, czy poznam Richarda czy nie?

— Bo jesteś moją siostrą — odrzekła Leisha. Wiedziała już, że nie wolno mówić: bliźniaczka. Na dźwięk tego słowa Alice natychmiast wpadała w złość.

— Nie mam ochoty. — burknęła, ale po chwili wyraz jej twarzy uległ zmianie. — Przepraszam, Leisho. Nie chciałam, żeby to zabrzmiało tak wrednie. Ale… ale nie mam ochoty.



41 из 429