
— Nie będzie nikogo obcego. Tylko my i Richard. I najwyżej na jakąś godzinkę. Potem wrócisz i spakujesz się do Northwestern.
— Nie jadę do Northwestern.
Leisha wytrzeszczyła oczy ze zdumienia.
— Jestem w ciąży — oświadczyła Alice.
Leisha przysiadła na brzegu łóżka. Alice przetoczyła się na plecy, odgarnęła włosy z oczu i roześmiała się. Leisha nie mogła znieść tego śmiechu.
— Spójrz tylko na siebie — mówiła Alice. — Można by pomyśleć, że to ty jesteś w ciąży. Ale tobie nic takiego się nie zdarzy, prawda, Leisho? W każdym razie nie wcześniej, niż uznasz za stosowne. Tobie — nie.
— Jak to się stało? Przecież obie założyliśmy sobie kapturki…
— Usunęłam kapturek — rzuciła lekko Alice.
— Chciałaś zajść w ciążę?
— Jak jasna cholera. A nasz tatuś nic już na to nie poradzi. No oczywiście, może mi cofnąć kredyt, ale chyba tego nie zrobi, co? Chociaż to tylko ja?
— Ależ Alice… Dlaczego? Chyba nie tylko na złość tacie?
— Nie — odparła Alice. — Ale tak właśnie pomyślałaś, co? Chciałam mieć coś, co mogłabym kochać. Coś własnego. I żeby nie miało nic wspólnego z tym domem.
Leisha przypomniała sobie, jak przed laty biegały po oranżerii, jak ona i Alice wpadały na przemian w smugi światła i cienia.
— Chyba nie było najgorzej wychowywać się w tym domu?
— Leisho, jesteś głupia. Nie wiem, jakim cudem ktoś tak bystry jak ty może być taki głupi! Wynoś się z mojego pokoju! Wynoś się!
Leisha zerwała się z łóżka.
— Ależ Alice… dziecko…
— Wynoś się! — wrzeszczała Alice. — Jedź sobie do Harvardu! Ruszaj po sukces! Tylko wynieś się stąd!
— Z przyjemnością. Zachowujesz się irracjonalnie. Nie myślisz o przyszłości, nawet dziecko będziesz miała przypadkiem…
Jak zwykle nie potrafiła zbyt długo się złościć. Gniew ulotnił się szybko, a w głowie pozostała pustka. Spojrzała na Alice, a ta niespodziewanie rozłożyła ramiona. Leisha podeszła, żeby ją objąć.
