
Jego słowa jakby zawisły na chwilę w powietrzu. Czas wlókł się w nieskończoność. Richard stał lekko pochylony do przodu, mocno zaciskając zęby. Na koniec zapytał bardzo cicho:
— Kochasz go?
— Tak — odrzekła Leisha. — Przykro mi.
— Wybór należy do ciebie — odparł chłodno Richard. — Co robisz, kiedy on śpi? Przyglądasz się?
— Mówisz tak, jakby to było jakieś zboczenie!
Richard nie odpowiedział. Leisha wzięła głęboki oddech i zaczęła mówić szybko, ale spokojnie, z kontrolowanym pośpiechem:
— Kiedy Stewart śpi, ja pracuję. Tak samo jak ty. Richardzie, nie rób tego. Przecież nie chciałam cię zranić. Nie chcę tracić kontaktu z grupą. Wierzę, że Śpiący i my to jedna rasa — chcesz mnie za to ukarać? Chcesz dołożyć własną cząstkę do nienawiści? Chcesz mi wmówić, że nie mogę należeć do szerszego świata uczciwych i wartościowych ludzi, nieważne, śpiących czy nie? Chcesz mi wmówić, że ludzkość dzieli się według cech genetycznych, a nie ze względu na wartość duchową i ekonomiczną? Chcesz wymusić na mnie sztuczny wybór: albo my, albo oni?
Richard wziął do ręki bransoletkę. Leisha poznała — to był prezent od niej. Odezwał się cicho:
— Nie, to nie jest sprawa wyboru. — Przez chwilę bawił się złotymi ogniwami, potem znów spojrzał na nią. — Jeszcze nie teraz.
* * *
