
— Nie spaceruj ulicami uzbrojona tylko we wspomnienie o Kenzo Yagai.
* * *
W marcu, kiedy lodowe wichry chłostały brzegi Charles River, do Cambridge przyjechał Richard Keller. Leisha nie widziała go od czterech lat. Nie uprzedził jej, że zamierza przyjechać. Pędziła właśnie chodnikiem przy bloku, po same oczy zakutana w ciepły wełniany szalik, gdy nagle zobaczyła go stojącego przed klatką i blokującego wejście. Ochroniarz za plecami Leishy stężał w gotowości.
— Richard! Bruce, wszystko w porządku, to stary znajomy.
— Witaj Leisho.
Wyglądał znacznie potężniej niż go zapamiętała. Zwłaszcza zaskoczyła ją szerokość jego ramion. Lecz twarz niewątpliwie należała do Richarda; była starsza, ale wciąż ta sama: ciemne, niskie brwi, nieporządne ciemne włosy. Zapuścił brodę.
— Pięknie wyglądasz — powiedział.
Wręczyła mu filiżankę kawy.
— Przyjechałeś w interesach? — Przez sieć doszły ją wieści, że obronił już pracę dyplomową i dokonał wielu odkryć w dziedzinie biologii morskiej. Pracował na Karaibach, ale porzucił pracę jakiś rok temu i od tej pory zniknął z sieci.
— Nie, dla przyjemności. — Nieoczekiwanie uśmiechnął się tym dawnym uśmiechem, który rozświetlał wszystkie zakamarki jego twarzy. — Przez długi czas niemal zapomniałem, co to takiego. Zadowolenie — tak, wszyscy dobrze znamy ten rodzaj zadowolenia, który płynie z dobrze wykonanej pracy — ale przyjemność? Kaprys? Zachcianka? Kiedy ostatni raz popełniłaś jakieś głupstwo, Leisho?
— Jadłam watę cukrową w czasie ulewy — uśmiechnęła się.
— Naprawdę? Po co?
— Żeby sprawdzić, czy się rozpłynie w kleiste, różowe wzorki.
— I rozpłynęła się?
— Tak. Były śliczne.
— A kiedy miało miejsce to twoje ostatnie głupstwo? Kiedy to było?
— Zeszłego lata.
