
– Przyjechaliśmy po brudną bieliznę do prania powiedziałem.
– Nie zwracaj na niego uwagi – pośpiesznie włączyła się Sara. – Jesteśmy zaproszeni przez Pinchota.
– Eu – odpowiedział. – Wejdźcie, bardzo proszę…
Poszliśmy śladem jego zajęczej mordki. Nagle przystanął z wdziękiem, jakby wyrosła przed nim niewidzialna krawędź.
– Naleję sobie teraz WOD – KI – rzucił przez lewe ramię, jakby cały świat z zapartym tchem słuchał jego subtelnej deklaracji.
Zniknął w kuchni.
– To Paul Renoir, Jon wspomniał o nim któregoś wieczoru – powiedziała Sara. – Pisze opery. Robi też w gatunku zwanym Kino – Operą. Ścisła awangarda.
– Niech sobie będzie kim chce, ale nie życzę sobie, żeby mi ćwiąkał nad uchem.
– Każdego skreślasz od razu. Nie wszyscy mogą być tacy jak ty.
– Wiem, ale to ich problem.
– Twój lęk przed światem – stwierdziła Sara – to główne źródło twojej siły.
– Szkoda, że nie ja to wymyśliłem.
Paul wrócił z apetycznym drinkiem. W środku pływał kawałeczek limony, Paul mieszał całość szklaną pałeczką. Ekstraklasa.
– Paul – zagadnąłem – znajdzie się tam coś do picia?
– Eu, przepraszam – odpowiedział. – Bardzo proszę, obsłużcie się.
Depcząc Sarze po piętach, wparowałem do kuchni. Wszędzie stały butelki. Czekając na decyzję, otwarłem puszkę z piwem.
– Darujmy sobie lepiej mocniejsze trunki – zaproponowała moja dobra pani. – Wiesz, co się z tobą potem dzieje.
– Racja. Strzelmy sobie po winku.
Znalazłem korkociąg i wybrałem zachęcającą butelkę czerwonego wina.
Strzeliliśmy po jednym, dolaliśmy do pełna i wyszliśmy na pokoje.
Był czas, kiedy lubiłem porównywać nas z Sarą do Zeldy i Scotta. Sarę to denerwowało. Nie podobało jej się, jak skończyła Zelda. Mnie z kolei nie podobało się to, co wypisywał Scott. Dowcip przestał nas bawić.
