Paul Renoir stał przy wielkim oknie, w skupieniu wpatrując się w Pacyfik.

– Jon się spóźnia – zwrócił się do okna, i do oceanu. – Mam wam przekazać, że niedługo przyjdzie. Prosił, żebyście zaczekali.

– W porządku, stary.

Usiedliśmy z Sarą przy winku, z widokiem na zajęczy pyszczek. On z kolei miał widok na Pacyfik. Popadł w zadumę.

– Chinaski – odezwał się – czytałem sporo twoich rzeczy. Są kurewsko dobre. Trzeba ci przyznać, że jesteś niezły…

– Dziękuję. Obaj jednak wiemy, kto jest lepszy. Ty jesteś lepszy.

– Eu – skwitował, nie odwracając twarzy od oceanu – jest mi niezmiernie miło, że to… dostrzegasz.

Otwarły się drzwi. Bez stukania wkroczyła młoda dziewczyna z długimi czarnymi włosami. Zanim zdążyliśmy się obejrzeć, leżała już na oparciu sofy, wyciągnięta na całej długości jak kot.

– Nazywam się Popppy – oświadczyła. – Przez 4 p.

– Ja jestem Scott, a to jest Zelda – odbiło mi znowu.

– Przestań pieprzyć – zezłościła się Sara.

Podałem nasze prawdziwe imiona.

Paul oderwał wzrok od oceanu.

– Popppy należy do grona sponsorów twojego scenariusza.

– Jeszcze słowa nie napisałem.

– Ale napiszesz…

– Czy byłabyś tak dobra? – Z wymownym spojrzeniem podałem Sarze pusty kieliszek.

Sara to kochana dziewczyna. Wzięła kieliszek i wyszła do kuchni. Wiedziała, że gdybym poszedł sam, wetknąłbym nos do każdej butelki, po czym niechybnie bym narozrabiał.

Dopiero później dowiedziałem się, że Popppy miała również ksywę „Księżniczka z Brazylii” i na rozruch wrzuciła dziesięć tysięcy dolarów. Nie było to zbyt wiele, ale w sam raz, żeby opłacić czynsz i od czasu do czasu zafundować sobie drinka.

Księżniczka zaszczyciła mnie spojrzeniem z kociego legowiska na oparciu kanapy.



3 из 191