
Gość okazał się Wennerem Zergogiem, znanym niemieckim reżyserem. Miał trochę, jak to mówią, pojebane w głowie, przy każdej okazji lubił narażać życie własne i cudze.
– Powinieneś sobie znaleźć jakieś uczciwe zajęcie – poradziłem mu.
– Wiem – przyznał – ale nie umiem robić nic innego.
Akurat wrócił Jon.
– Chodźcie, zaraz się zacznie…
Oboje z Sarą poszliśmy za nim do sali projekcyjnej. Parę osób też wstało od baru, między innymi Wenner ze swoją towarzyszką.
– Ten facet w barze to Wenner Zergog – oświadczył Jon, kiedy usiedliśmy. – W zeszłym tygodniu pojedynkowali się z żoną na pistolety. Wystrzelali się do ostatniego naboju, ale nie udało im się ani razu trafić…
– Mam nadzieję, że jego filmy są celniejsze…
– Absolutnie.
Światła pogasły. Na ekranie ukazał się tytuł: Śmiech bestii.
Jak chodzi o wzrost i ambicje, Lido Mamin był wielkim człowiekiem, niestety jego kraj był nędzny i mały. Flirtował zarówno z lewicą, jak i z prawicą znaczniejszych krajów, handlując z jednymi i z drugimi, żeby zdobyć pieniądze, żywność i broń. Tak naprawdę jednak Lido chciał rządzić światem. Kawał skurwysyna, miał niebywałe poczucie humoru. Wierzył, że wszelkie życie, poza jego własnym, jest pozbawione wartości. W jego państwie natychmiast mordowano każdego, na kogo padł najlżejszy cień podejrzenia. Zwłoki wrzucano do rzeki. W rzece roiło się od ludzkich ciał; spasione krokodyle nie były w stanie się z nimi uporać.
Lido Mamin uwielbiał kamerę. Zezwolił Pinchotowi na sfilmowanie posiedzenia rady państwa. Członkowie marionetkowego rządu z drżeniem wpatrywali się w Mamina, który zadawał pytania i deklarował zasady swojej polityki. Z twarzy nie schodził mu uśmiech, odsłaniający żółte popsute zęby. Chwile wolne od zabijania i wydawania wyroków śmierci upływały mu na pieprzeniu. Miał najmniej tuzin żon i więcej dzieci, niż mógł spamiętać.
