
Położył fiołek na otwartej dłoni, popatrzył nań, uniósł brwi i fiołek znikł. Zamknąłem usta i potrząsnąłem głową. Zabrakło mi słów.
— Pan po mistrzowsku jeździ na nartach, panie Glebsky — mówił dalej du Barnstockre. — Obserwowałem pana przez okno. I, muszę przyznać, doznałem prawdziwej przyjemności.
— Ależ skądże! — bąknąłem. — Kiedyś jeździłem…
— Wujku — odezwało się nagle stworzenie z głębin fotela. — Lepiej byś stworzył papierosa.
Du Barnstockre jakby się opamiętał.
— Ach — powiedział — pozwoli pan przedstawić sobie, panie Glebsky, to jest Brune, jedyna latorośl mego ukochanego nieboszczyka brata… Brune, dziecię moje!
Dziecię niechętnie wylazło z fotela i zbliżyło się do nas. Włosy miało bujne, dziewczęce, może zresztą nie dziewczęce, ale jeśli można tak powiedzieć, młodzieżowe. Nogi obciągnięte elastikiem były chude, chłopięce, a zresztą, być może, zupełnie przeciwnie — zgrabne, dziewczęce. Kurtka zaś była o co najmniej trzy numery za duża. Latorośl obojętnie uśmiechnęła się do mnie delikatnymi różowymi wargami i zainteresowała się ochryple:
— Nieźle żeśmy pana postraszyli, prawda? Tam przy drodze…
— My? — zapytałem.
— No, nie my, oczywiście. Bucefał. On to potrafi… Okulary doszczętnie mu zalepił — zawiadomiła wujka.
— W danym przypadku — uprzejmie wyjaśnił du Barnstockre — Bucefał to motocykl, wstrętna i niebezpieczna maszyna, która powoli mnie zabija przez ostatnie dwa lata i koniec końców, jak czuję, bez wątpienia wpędzi mnie do grobu.
— Papierosa… — przypomniało dziecię.
Du Barnstockre smętnie pokręcił głową i bezradnie rozłożył ręce. Kiedy je znowu złożył, między palcami tkwił zapalony papieros, który został wręczony latorośli. Latorośl zaciągnęła się i kapryśnie burknęła:
— Znowu z filtrem…
— Pan zapewne ma ochotę wziąć prysznic po tym wspaniałym szusowaniu — powiedział du Barnstockre. — Niedługo będzie obiad…
