
W środku holu stał nieopisanie długi i bardzo przygarbiony człowiek w czarnym fraku. Ręce trzymał za plecami i surowo prawił coś chudemu, zwinnemu stworzeniu nieokreślonej płci, wykwintnie rozpartemu w głębokim fotelu. Stworzenie miało drobną bladą buzię do połowy zasłoniętą wielkimi ciemnymi okularami, masę czarnych skudłanych włosów i puszysty czerwony szal.
Kiedy zamknąłem za sobą drzwi, długi człowiek zamilkł i odwrócił się w moją stronę. Okazało się, że ma czarną muszkę i wyjątkowo szlachetne rysy twarzy ukoronowane nie mniej arystokratycznym nosem niebywałego kształtu. Taki nos mógł mieć tylko jeden człowiek i ten człowiek nie mógł nie być tą właśnie znakomitością. Przez sekundę wpatrywał się we mnie, jakby nie wierząc własnym oczom, następnie złożył wargi w ciup i wyciągając wąską białą dłoń, ruszył mi na spotkanie.
— Du Barnstockre — oznajmił śpiewnie. — Do pańskich usług.
— Czyżby ten słynny du Barnstockre? — zapytałem, ściskając jego rękę z niekłamanym szacunkiem.
— Ten, właśnie ten — odpowiedział. — Z kim mam honor?
Przedstawiłem się ogarnięty jakąś idiotyczną nieśmiałością, która nam policjantom raczej nie jest właściwa. Przecież na pierwszy rzut oka było jasne, że taki człowiek nie może nie ukrywać swoich dochodów i zeznania podatkowe niewątpliwie wypełnia dosyć mgliście.
— Jakie to śliczne! — Du Barnstockre złapał mnie nagle za klapy. — Inspektorze! Gdzie pan to znalazł? Brune, dziecię moje, popatrz, jakie to śliczne!
W palcach trzymał fiołek. I zapachniało fiołkiem. Zmusiłem się do okazania podziwu, chociaż nie lubię takich sztuczek. Stworzenie w fotelu ziewnęło na całą szerokość maleńkich ust i przerzuciło jedną nogę przez poręcz fotela.
— Z rękawa — oznajmiło ochrypłym basem. — Chałtura, wujku.
— Z rękawa! — smutno powtórzył du Barnstockre. — Nie, Brune, to byłoby zbyt prymitywne. To rzeczywiście byłaby chałtura.
