
— Mam zaszczyt, inspektorze — powiedział. — Pan pozwoli, że się przedstawię: porucznik cybernetyki Simon Simonet.
— Spocznij — powiedziałem i uścisnęliśmy sobie dłonie.
— Właściwie jestem fizykiem — powiedział Simonet — ale „porucznik cybernetyki” brzmi prawie tak dobrze jak „porucznik infanterii”. To bardzo śmieszne. — I nieoczekiwanie wybuchnął tym samym okropnym szlochającym rechotem, w którym zwidywały się wilgotne lochy, niezmywalne plamy krwi i brzęk zardzewiałych łańcuchów na przykutych do skały szkieletach.
— Co pan tam robił na górze? — zapytałem, kiedy już przemogłem zdumienie.
— Trenowałem — odpowiedział. — Przecież jestem alpinistą.
— Poległym — zażartowałem i natychmiast pożałowałem, bo natychmiast spadła na mnie lawina pozagrobowego rechotu.
— Nieźle, nieźle jak na początek — powiedział, ocierając oczy. — Nie, ja jeszcze jestem żywy. Szczerze mówiąc, przyjechałem tu, żeby połazić po skałach, ale w żaden sposób nie mogę jakoś do nich dotrzeć. Wszędzie śnieg. Więc wspinam się na drzwi, na ściany… — Nagle zamilkł i ujął mnie pod rękę. — Właściwie przyjechałem odpocząć. Jestem przemęczony. Projekt „Midas”, słyszał pan może? Ściśle tajne. Cztery lata bez urlopu. No więc lekarze przepisali mi cykl pozytywnych emocji. — Znowu straszliwie zarechotał, ale już zbliżyliśmy się do jadalni. Simonet porzucił mnie i podążył do stolika, na którym stały zakąski. — Niech pan się trzyma mnie, inspektorze! — ryknął w biegu. — Niech pan się spieszy, inaczej przyjaciele i znajomi Poległego zjedzą cały kawior…
Jadalnia była ogromna, miała pięć okien. W środku ustawiono ogromny owalny stół na jakieś dwadzieścia osób; wspaniały poczerniały ze starości bufet błyskał srebrnymi kubkami, mnóstwem luster i różnobarwnymi butelkami; obrus na stole wykrochmalony, zastawa — z przepięknej porcelany, nakrycia srebrne i szlachetnie poczerniałe, ale przy tym wszystkim obyczaje panowały tu najwidoczniej niezmiernie demokratyczne.
