
Przy stole siedzieli już du Barnstockre i latorośl jego nieboszczyka brata. Du Barnstockre wytwornie mieszał srebrną łyżeczką bulion w talerzu i z wyrzutem zezował na latorośl, która położywszy na stole łokcie, żarłocznie pochłaniała zupę jarzynową.
Na honorowym miejscu królowała nieznana mi jeszcze dama dziwnej i olśniewającej urody. Lat mogła mieć ni to dwadzieścia, ni to czterdzieści, ramiona delikatne, smagłe, błękitnawe, szyję łabędzia, ogromne półprzymknięte oczy, długie rzęsy, wysoko upięte włosy, bezcenny diadem — była to niewątpliwie pani Moses, i niewątpliwie ten nieco prostacki table d’hôtel nie był dla niej odpowiednim miejscem. Takie kobiety widywałem dotychczas tylko na fotosach w pismach dla wyższych sfer oraz na okładkach bestsellerów.
Właściciel obszedł już stół i właśnie zbliżał się do mnie z tacką w ręku. Na tacce w kryształowym rżniętym kieliszku groźnie błękitniała słynna firmowa nalewka na szarotkach.
— Chrzest bojowy! — oznajmił właściciel, kiedy już znalazł się przy mnie. — Niech pan wybierze sobie coś ostrego na zakąskę.
Usłuchałem. Położyłem na talerzu oliwki i kawior. Potem spojrzałem na właściciela i dołożyłem jeszcze korniszona — takiego maleńkiego marynowanego ogórka. Potem spojrzałem na nalewkę i wycisnąłem na kawior pół cytryny. Wszyscy patrzyli na mnie. Wziąłem kieliszek, zrobiłem potężny wydech (jeszcze kilka dusznych gabinetów i korytarzy) i wlałem nalewkę do gardła. Zatrzęsło mną. Wszyscy patrzyli na mnie, więc zatrzęsło mną tylko wewnętrznie, i odgryzłem połowę korniszona. Właściciel chrząknął. Simonet również chrząknął. Pani Moses powiedziała kryształowym głosem: „O, to prawdziwy mężczyzna”. Uśmiechnąłem się i wsadziłem do ust drugą połowę korniszona, gorzko żałując, że nie jest wielkości dyni. „Ale zasuwa!” — donośnie oświadczyło dziecię.
