
— Po cholerę go tam poniosło? — zapytałem, patrząc na złowieszczą skałę.
— Niech mi pan pozwoli powrócić w przeszłość — powiedział właściciel, skłonił głowę i pięść z korkociągiem przyłożył do łysego czoła.
Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak opowiadał Segut. Tylko psa nigdzie nie było widać, choć zauważyłem mnóstwo jego śladów i obok ganku, i wokół nart. Wróciłem do samochodu i wyciągnąłem koszyk z butelkami.
— Pozdrowienia od inspektora Seguta — powiedziałem i właściciel natychmiast z ochotą powrócił w teraźniejszość.
— Zacności człowiek — powiedział zadziwiająco normalnym głosem. — Co u niego słychać?
— Wszystko w najlepszym porządku — powiedziałem, wręczając mu koszyk.
— Jak widzę, nie zapomniał naszych wieczorów przy kominku.
— O niczym innym nie mówi — powiedziałem i chciałem zawrócić do samochodu, ale gospodarz złapał mnie za rękę.
— Ani kroku w tył! — oświadczył surowo. — Tym zajmie się Kaisa. Kaisa! — zagrzmiał niczym trąba.
Na werandę wybiegł pies — wspaniały bernardyn wielkości cielaka, biały w żółte łaty. Jak już wiedziałem skądinąd, pies ten był wszystkim, co pozostało po Poległym Alpiniście, jeżeli nie liczyć niektórych drobiazgów eksponowanych w pokoju muzeum. Nie byłem daleki od tego, żeby sobie obejrzeć, jak ten pies o damskim imieniu będzie wyładowywał mój bagaż, ale właściciel mocarną dłonią popchnął mnie w kierunku domu.
Przeszliśmy przez mroczny hol, w którym trwał jeszcze ciepły zapach zagasłego kominka i słabo lśniły lakierem modne niskie stoliki, skręciliśmy korytarzem na lewo i Cenevert pchnął ramieniem drzwi z napisem Biuro. Zostałem posadzony w wygodnym fotelu, a dźwięcznie bulgoczący koszyk znalazł przytulne schronienie w kącie. Właściciel otworzył leżącą na biurku ogromną księgę.
