
— Przede wszystkim pozwoli pan, że się przedstawię — powie — dział, w skupieniu oczyszczając paznokciem stalówkę wieczne — go pióra. — Jestem Alec Cenevert, właściciel hotelu i mechanik z zawodu. Zauważył pan oczywiście wiatraki przy wyjeździe z Wilczej Gardzieli?
— Ach, więc to były wiatraki?
— Tak. Silniki napędzane wiatrem. Sam je skonstruowałem i sam zbudowałem. Tymi oto rękoma.
— Co pan powie… — wymamrotałem.
— A tak. Sam. I jeszcze wiele innych rzeczy.
— Gdzie mam to zanieść? — zapytał za moimi plecami przeraźliwie cienki kobiecy głos.
Odwróciłem się. W drzwiach, z moją walizką w ręku, stała pulchniutka, różowiutka baryłeczka, mniej więcej dwudziestopięcioletnia, rumiana, o szeroko rozstawionych i szeroko otwartych błękitnych oczach.
— To jest Kaisa — oznajmił właściciel. — Kaisa! Ten pan przywiózł nam pozdrowienia od inspektora Seguta. Pamiętasz pana Seguta, Kaisa? Ty powinnaś go pamiętać.
Kaisa natychmiast zaczerwieniła się i zasłoniła twarz dłonią.
— Pamięta — wyjaśnił mi gospodarz. — Zapamiętała go… T-tak… Zatem umieszczę pana pod numerem 4. To najlepszy pokój w całym hotelu. Kaisa, zanieś walizkę pana m-mm…
— Glebsky — powiedziałem.
— Zanieś walizkę pana Glebsky’ego pod czwórkę… Wyjątkowa idiotka — zawiadomił mnie nawet z niejaką dumą, kiedy pulpecik zniknął. — Swego rodzaju fenomen… A więc, panie Glebsky? — spojrzał na mnie wyczekująco.
— Peter Glebsky — podyktowałem. — Inspektor policji. Urlop. Dwutygodniowy. Sam.
Właściciel starannie notował te wszystkie informacje ogromnymi, koślawymi literami. W czasie kiedy pisał, do biura, stukając pazurami po linoleum, wszedł bernardyn. Spojrzał na mnie, mrugnął jednym okiem i nagle z hałasem, jaki wydaje rzucona na podłogę wiązka drzewa, klapnął koło sejfu i położył pysk na łapie.
— To Lelle — zakręcając pióro, powiedział właściciel. — Sapiens. Wszystko rozumie, w trzech europejskich językach. Pcheł nie ma, ale linieje.
