— Poczekaj — przerwałem mu. — Kogo ty właściwie masz na myśli?

— Pana Simonet, rzecz jasna. Czyżbyś naprawdę nigdy jeszcze nie słyszał tego nazwiska?

— Nigdy — powiedziałem. — A co, czy go kiedyś złapano z fałszywym kwitem na cudzy bagaż?

Gospodarz popatrzył na mnie z wyrzutem.

— Wypada znać wielkich współczesnych uczonych — powiedział surowo.

— Mówisz to poważnie? — upewniłem się.

— Absolutnie.

— Ten posępny figlarz to ma być wielki uczony?

Alec skinął głową.

— Tak — powiedział. — Rozumiem cię… Oczywiście — najpierw dobre maniery, a dopiero potem wszystko inne… Zresztą masz rację. Simonet jest dla mnie niewyczerpanym źródłem rozmyślań o rażącej niezgodności między zachowaniem człowieka, kiedy odpoczywa, a jego znaczeniem dla ludzkości, kiedy pracuje.

— Hm… — powiedziałem. To było jeszcze lepsze niż pejcz.

— Widzę, że mi nie wierzysz — powiedział gospodarz. — Ale muszę zwrócić ci…

Umilkł i poczułem, że nie jesteśmy sami. Odwróciłem głowę i spojrzałem w bok. To było jedyne dziecię nieboszczyka brata du Barnstockre’a. Pojawiło się zupełnie bezszelestnie i teraz siedziało w kucki obok Lelle’a i głaskało psa po głowie. Szkarłatne bliki rozżarzonych węgli odbijały się w ogromnych czarnych okularach. Dziecię było jakieś takie strasznie samotne, maleńkie i zapomniane przez wszystkich. Ledwie wyczuwalnie pachniało potem, benzyną i dobrymi perfumami.

— Taka okropna zamieć — powiedziało dziecię cienkim, żałosnym głosem.

— Brune — poprosiłem. — Dziecko moje. Zdejmij na chwilę te straszne okulary.

— Po co? — smutnie zapytało dziecię.

Rzeczywiście, po co? — pomyślałem i powiedziałem:

— Chciałbym zobaczyć twoją twarz.

— To zupełnie zbyteczne — powiedziało dziecię i poprosiło: — Proszę, niech pan mi da papierosa.



26 из 187