
Hyperion.
Konsul bezgłośnie polecił komputerowi wyłączyć muzykę i mikrofony. Zasłoniwszy ręką oczy leżał w całkowitej ciszy i myślał o tym, jakim szaleństwem z jego strony byłby powrót na Hyperiona. W ciągu jedenastu lat, jakie spędził w charakterze konsula na tej odległej i zagadkowej planecie, tajemniczy Kościół Chyżwara dwanaście razy zezwolił grupom pielgrzymów wyruszyć ku chłostanym wiatrem pustkowiom otaczającym Grobowce Czasu. Nikt nie powrócił, choć działo się to jeszcze wtedy, kiedy Chyżwar był więźniem prądów czasu oraz sił, których natury i działania nikt nie rozumiał, antyentropijne pola zaś działały jedynie w promieniu kilkunastu metrów wokół Grobowców Czasu. Nie istniało wtedy także zagrożenie inwazją Intruzów.
Konsul rozmyślał o Chyżwarze, wędrującym teraz swobodnie po całej planecie, o milionach tubylców i tysiącach obywateli Hegemonii zupełnie bezbronnych wobec istoty nic sobie nie robiącej z praw fizyki, która potrafiła się porozumiewać jedynie poprzez śmierć… i pomimo ciepła panującego w kabinie jego ciałem wstrząsnął dreszcz.
Hyperion.
Minęła noc, a burza dobiegła końca. Nadchodzący świt gnał przed sobą następną. Dwustumetrowej wysokości paprocie gięły się ku ziemi pod naporem bezlitosnego wiatru. Czarny jak heban statek konsula uniósł się na błękitnej kolumnie plazmowego ognia i przebił warstwę gęstych chmur, pędząc ku otwartej przestrzeni i czekającemu go spotkaniu.
ROZDZIAŁ 1
Konsul obudził się z bólem głowy, suchym gardłem i dziwnym uczuciem, że wyleciało mu z pamięci tysiąc snów, jakie śnią się tylko ludziom pogrążonym w hibernacyjnym odrętwieniu.
