Nagle uświadomił sobie, że woźnica bez słowa wyciąga ku niemu wielką glinianą butlę oplecioną wikliną. Wziął ją — była bardzo ciężka — i napił się do woli. Gdy skończył, ciężar butli niemal się nie zmienił. Oddał ją, dziękując cicho.

— Wsiadaj — rzekł po jakimś czasie woźnica.

— Dziękuję, wolę iść. Jak daleko stąd do Re Albi?

Koła skrzypiały. Woły westchnęły ciężko, najpierw jeden, potem drugi. W gorących promieniach słońca ich zakurzona skóra pachniała słodko.

— Dziesięć mil — odparł woźnica. Zastanowił się moment. — Albo dwanaście — dodał — nie mniej.

— Lepiej zatem się pospieszę.

Woda dodała mu nowych sił, zdołał zatem wyprzedzić woły i oddalił się znacznie, gdy usłyszał głos woźnicy.

— Idziesz do domu Starego Maga.

Jeśli nawet było to pytanie, nie wymagało odpowiedzi. Szedł dalej.

Gdy wyruszył w drogę, wciąż padał na nią cień góry. Kiedy jednak skręcił w lewo do małej wioski, zapewne Re Albi, słońce płonęło na zachodnim niebie. W jego promieniach morze miało barwę stali.

Wieś składała się z kilkunastu niewielkich domów, małego zakurzonego rynku i fontanny-źródełka, z której wylewał się jeden cieniutki strumyk wody. Podróżny wiele razy czerpał wodę dłońmi i pił. Potem zanurzył głowę, wcierając zimną wodę we włosy i pozwalając, by spływała po ramionach. Jakiś czas siedział na kamiennym obramowaniu fontanny, budząc milczące zainteresowanie dwóch brudnych chłopców i jednej brudnej dziewczynki.

— To nie konował — orzekł w końcu jeden z chłopców. Podróżny przeczesał palcami mokre włosy.

— Pewnie idzie do domu Starego Maga, durniu — mruknęła dziewczynka.

Chłopiec wykrzywił twarz w upiornym grymasie. Jedną ręką naciągnął sobie policzki i czoło, drugą wykrzywił szponiasto i uderzył w powietrze.

— Lepiej uważaj, Kamyku — upomniał go drugi chłopiec. — Jeśli chcesz, poprowadzę cię tam — zaproponowała podróżnemu dziewczynka.



3 из 193