
— Dzięki — odparł i wstał ze znużeniem.
— Widzisz, nie ma laski — rzekł jeden z chłopców, a drugi odparł:
— Nie twierdziłem, że ma.
Patrzyli nadąsani, jak nieznajomy w ślad za dziewczynką podąża ścieżką na północ, pośród opadających stromo skalistych pastwisk.
Słońce prażyło, zalewało blaskiem morze. Podróżny zamrugał oślepiony. Odległy horyzont i wiatr sprawiły, że zakręciło mu się w głowie. Dziecko wyprzedzało go — mały skaczący cień. Przystanął.
— No, chodź! — zawołała dziewczynka, ale i ona się zatrzymała. Podszedł do niej powoli. — Tam — wskazała ręką.
Ujrzał drewniany dom stojący blisko krawędzi urwiska, wciąż jeszcze dość daleko.
— Nie boję się — powiedziała dziewczynka. — Często przynoszę stąd ojcu Kamyka jajka, żeby zabrał je na targ. Kiedyś stara pani dała mi kilka brzoskwiń. Kamyk mówi, że je ukradłam, ale kłamie. Idź, jej tam nie ma. Obu nie ma.
Czekała bez ruchu, wskazując dom.
— Nie ma nikogo? — zapytał.
— Został tylko stary. Stary Jastrząb.
Podróżny ruszył naprzód. Dziecko stało i obserwowało go, póki nie zniknął za rogiem domu.
* * *
Dwie kozy przyglądały się nieznajomemu ze stromego, ogrodzonego płotem pastwiska. W długiej trawie pod śliwami i drzewami brzoskwiniowymi przechadzało się stadko kur i kurcząt, dziobiących leniwie i prowadzących ciche rozmowy. Na niskiej drabinie opartej o pień jednego z drzew stał mężczyzna. Jego głowa kryła się wśród liści. Podróżny dostrzegł tylko nagie brązowe nogi.
— Witam — powiedział. Po chwili powtórzył to samo nieco głośniej.
Liście zatrzęsły się i mężczyzna zszedł szybko z drabiny. W ręce trzymał garść śliwek. Gdy zeskoczył na ziemię, drugą dłonią przegnał kilka pszczół zwabionych zapachem słodkiego soku. Ruszył naprzód — niski, wyprostowany; związane z tyłu siwe włosy odsłaniały piękną podstarzałą twarz. Wyglądał na jakieś siedemdziesiąt lat. Jego lewy policzek aż do szczęki przecinały cztery białe linie, stare blizny. Spojrzenie miał czyste, otwarte, pełne mocy.
