To była pieczęć.

Nie woskowy krążek, nie pieczątka z ołowiu albo innego metalu, używana do znakowania broni, lecz pieczęć z kryształu. Idealnie okrągła i nienaruszona, bez najmniejszej rysy. Chyba nie służyła do pieczętowania dokumentów, zaplombowanych drzwi czy zamkniętych skrzyń; sama jej kryształowa struktura nie pasowałaby do żadnego z przedmiotów, jakie zwykliśmy pieczętować. Była to kryształowa pieczęć sama w sobie, wystarczająca sobie, nieprzydatna do niczego, bo przecież nie znalazła się tu po to, aby narzucać komukolwiek jakieś obowiązki, wywierać wpływ na przebieg dysputy zakończonej zawarciem pokoju, decydować o czyimś losie lub, być może, poświadczać czyjąś nieodwołalną decyzję.

Tym wszystkim mogłaby być kryształowa pieczęć, chociaż nikt nie wiedział wcale i nie miał wiedzieć, czemu miałaby służyć. Czasami, wpatrując się w ten doskonale okrągły przedmiot, umieszczony na trójnogu tuż przy oknie, stary dyrygent miał ochotę zaopatrzyć go we wszelkie tradycyjne atrybuty – znaki świadczące o autorytecie i autentyczności oraz próbę jakości – nie będąc do końca pewnym żadnego z nich.

Dlaczego?

Nie potrafiłby dokładnie tego wyjaśnić. Kryształowa pieczęć była częścią jego codziennego życia, toteż łatwo o niej zapominał. Wszyscy jesteśmy ofiarami, a zarazem katami, owej krótkiej, trwającej nie dłużej niż trzydzieści sekund pamięci, która pozwala nam żyć nadal, nie będąc niewolnikami tego wszystkiego, co dzieje się wokół nas. Ale pamięć trwalsza, bardziej pojemna, przypomina zamek zbudowany z ogromnej ilości kamieni. Wystarczy jeden symbol – sam zamek – aby przypomnieć sobie wszystko, co się w nim zawiera. Czyżby ta okrągła pieczęć



2 из 132