
Baudelaire przywołuje obraz niezamieszkanego domu, pełnego chwil, które już umarły. Czy wystarczy otworzyć drzwi, odkorkować butelkę, zdjąć z wieszaka stare ubranie, aby powróciła tam i zamieszkała czyjaś dusza?
Inez.
Powtórzył imię tej kobiety.
Rymowało się ze słowem „kres”, i w kryształowej pieczęci maestro chciał odnaleźć nieprawdopodobny odblask tych słów: Inez – życia kres.
Była to pieczęć z kryształu. Matowa, ale jaśniejąca światłem. To było w niej najcudowniejsze. Umieszczono ją na stojącym przy oknie trójnogu w taki sposób, że gdy światło przenikało kryształ na wskroś, zaczynał błyszczeć. Rozsiewał wokół delikatne promienie, a wówczas, w ich blasku, można było dostrzec litery: niedające się odczytać litery jakiegoś języka, którego stary dyrygent nie znał; partytura napisana w tajemniczym alfabecie, może w języku dawno zaginionego ludu, albo bezgłośny krzyk dobiegający z głębin odległego czasu, krzyk, który w jakiś sposób naigrawał się z profesjonalisty, tak podporządkowanego partyturze, że choć znał utwór na pamięć, musiał, wykonując go, mieć zawsze przed oczami nuty…
Światło pośród milczenia.
Tekst bez głosu.
Starzec musiał się schylić, zbliżyć do tajemniczej tarczy i myśleć o tym, że nie będzie już miał czasu na to, aby odczytać przesłanie ukryte w znakach, wpisanych w jej kolistą krawędź.
