
Poza sztuczną ręką. Ją trudno nazwać drobiazgiem.
To była proteza, zrobiona z plastiku i metalu, zaczynająca się tuż pod rękawem podkoszulka. Mama zauważyła, że się na nią gapię, i zdumienie na jej twarzy – nie poznała mnie, podobnie jak wcześniej Rowena – ustąpiło miejsca podejrzliwości.
– Kim jesteś? Co robisz w tym domu?
Sam już nie wiedziałem, czy mam się śmiać, płakać, czy zacząć krzyczeć.
– Mamo – rzuciłem z desperacją. – Jestem Joey!
– Joey? – powtórzyła. – Nie jestem twoją mamą, mały. Nie znam nikogo o imieniu Joey.
Na to nie potrafiłem odpowiedzieć. Po prostu gapiłem się na nią. Nim zdołałem cokolwiek wymyślić, za plecami usłyszałem kolejny głos. Głos dziewczyny.
– Mamo? Czy coś się stało?
Odwróciłem się. Chyba podświadomie spodziewałem się już tego, co zobaczę. Coś w owym głosie mówiło mi, kogo ujrzę na szczycie schodów.
To była dziewczyna ze zdjęcia.
Ale nie Jenny. Miała ciemnorude włosy i piegi, oraz zabawny wyraz twarzy, jakby spędzała zbyt wiele czasu wewnątrz własnej głowy. Była w moim wieku, więc nie mogła być moją siostrą. Wyglądała jak… I wtedy przyznałem przed sobą to, co już wiedziałem… Wyglądała tak, jak ja bym wyglądał, gdybym był dziewczyną.
Oboje wpatrywaliśmy się w siebie, zszokowani. Za sobą usłyszałem głos matki, dobiegający jakby z bardzo daleka.
– Wracaj na górę, Josephine. Szybko.
Josephine.
I wtedy wreszcie zrozumiałem. Nie wiem jak, ale nagle pojąłem i wiedziałem, że to prawda.
Ja już nie istniałem. W jakiś sposób zostałem wykasowany z własnego życia. Najwyraźniej operacja nie udała się do końca, bo wciąż istniałem, ale widocznie tylko ja uważałem, że mam prawo tu być. W jakiś sposób rzeczywistość się zmieniła i teraz najstarsze dziecko pana i pani Harker było dziewczynką, nie chłopcem. Josephine, nie Josephem.
