
Wysiadłem z autobusu i przebiegłem trzy przecznice. Z zewnątrz dom wyglądał tak samo – ten sam kolor, grządki i skrzynki z kwiatami w oknach, te same dzwonki wiszące na frontowej werandzie. O mało nie rozpłakałem się z ulgi. Może i rzeczywistość rozpadała się wokół mnie, ale dom wciąż pozostawał bezpieczną przystanią.
Pchnięciem otworzyłem drzwi frontowe i wszedłem do środka.
Wewnątrz pachniało jak w moim domu, nigdzie indziej. W końcu mogłem się odprężyć.
W zasadzie wszystko wyglądało tak samo – chociaż, stojąc w holu, zacząłem zauważać pewne rzeczy: drobiazgi, subtelne szczegóły z rodzaju tych, które jak sądzimy, tylko sobie wyobrażamy. Miałem wrażenie, że wykładzina w holu ma nieco inny wzór. Ale kto, do diabła, pamięta wzory wykładzin? Na ścianie w salonie, gdzie kiedyś wisiało moje zdjęcie z przedszkola, teraz ujrzałem fotografię dziewczyny mniej więcej w moim wieku. Była nawet trochę do mnie podobna – ale też moi rodzice wspominali coś o zdjęciu Jenny…
I wtedy to mnie uderzyło. Zupełnie jak wówczas, gdy w zeszłym roku skoczyłem z wodospadu, kiedy beczka wpadła na skały i roztrzaskała się, a świat nagle pojaśniał i odwrócił się do góry nogami, i poczułem ból…
Istniała różnica. Taka, której nie widać od frontu. Przybudówka, którą wznieśliśmy wiosną – nowy pokój dla Kevina zwanego też Lejkiem, mojego braciszka – zniknęła.
Spojrzałem w górę – kiedy wspiąłem się na palce i wykręciłem głowę, mogłem zobaczyć miejsce, w którym zaczynał się nowy korytarz. Spróbowałem to zrobić, wszedłem nawet na parę stopni, by się przyjrzeć.
Nic z tego. Przybudówki wciąż tam nie było.
Jeśli to żart, pomyślałem, to stoi za nim multimilioner obdarzony naprawdę chorym poczuciem humoru.
Za plecami usłyszałem jakiś dźwięk. Obróciłem się i zobaczyłem mamę.
Tyle że to nie była ona.
Podobnie jak Rowena, wyglądała inaczej. Miała na sobie dżinsy i koszulkę, której nigdy wcześniej nie widziałem. Jej fryzura wyglądała tak samo jak zawsze, ale okulary były inne. Tak jak mówiłem, drobiazgi.
