
– Siedem do sześciu, za – oznajmił. – Dimas zostaje. Zupełnie straciłem głos.
Mama wstała, żeby zaparzyć mu herbaty, a Jenny spytała tatę, czemu wstawił się za panem Dimasem.
– Moja nauczycielka mówi, że wciąż są przez niego kłopoty – dodała.
– To prawda – odparł tato. – Dzięki, skarbie. – Pociągnął łyk herbaty. – Ale to także jeden z nielicznych nauczycieli, któremu naprawdę zależy na tym, co robi. I wkłada w swą pracę więcej niż odrobinę rozumu. – Wycelował fajką w Jenny. – Już po godzinie duchów, kwiatuszku. Leć do łóżka.
Taki właśnie jest tato. Choć to tylko zwykły radny, część ludzi słucha się go bardziej niż burmistrza. Kiedyś tato pracował na Wall Street jako makler i wciąż ma pod opieką akcje grupki prominentnych obywateli Greenville, także tych zasiadających w radzie szkoły. Praca w radzie zajmuje mu zaledwie kilka dni w miesiącu, toteż w wolnych chwilach tato jeździ taksówką. Spytałem go kiedyś, czemu to robi, bo inwestycje przynosiły niezły dochód, a była jeszcze pracownia jubilerska mamy. Wyjaśnił, że lubi poznawać nowych ludzi.
Można by sądzić, że groźba zwolnienia powinna przestraszyć pana Dimasa i sprawić, by trochę wyhamował. Ale nic z tego. Jego najnowszy pomysł na egzamin zaliczeniowy okazał się nieźle przegięty, nawet jak na niego. Podzielił naszą klasę na grupki po trzy osoby, znów zawiązał nam oczy – święcie wierzył w zakrywanie oczu – i polecił kierowcy zawieźć nas szkolnym autobusem w przypadkowe miejsca w mieście. Mieliśmy w określonym czasie odnaleźć bez mapy kilka wyznaczonych punktów. Jeden z nauczycieli spytał, co to ma wspólnego z naukami społecznymi, a pan Dimas wyjaśnił, że nauki społeczne są wszystkim. Skonfiskował nam komórki, karty telefoniczne, karty kredytowe i gotówkę, żebyśmy nie mogli wezwać taksówki. Musieliśmy radzić sobie sami.
I wtedy właśnie się zaczęło.
