
***
Nie chodzi o to, że groziło nam jakiekolwiek niebezpieczeństwo – centrum Greenville to nie Los Angeles czy Nowy Jork, czy nawet Decatur w stanie Illinois. Najgorsze, co mogło nas spotkać, to parę ciosów torebką staruszki, gdyby ktoś z nas okazał się dość głupi, żeby spróbować przejść przez Czterdziestą Drugą Aleję. Ponieważ jednak trafiłem do grupy z Roweną Danvers i Tedem Russellem, wiedziałem, że będzie ciekawie.
Szkolny autobus odjechał w obłoku spalin z diesla. Zdjęliśmy przepaski. Znajdowaliśmy się w centrum – tyle dało się stwierdzić od razu. Był początek zimnego popołudnia, wokół dostrzegłem niewiele samochodów i przechodniów. Natychmiast poszukałem wzrokiem tabliczki z nazwą ulicy. Informowała, że stoimy na rogu Sheckley Boulevard i Simek Street.
I wtedy zorientowałem się, gdzie jesteśmy. Tak bardzo mnie to zaskoczyło, że na moment odebrało mi mowę. Byłem dzieciakiem, który potrafił się zgubić, idąc do skrzynki na listy. Ale wiedziałem, gdzie jesteśmy – po przeciwnej stronie ulicy, przecznicę od dentysty, który parę dni wcześniej czyścił zęby mnie i Jenny.
Nim zdołałem cokolwiek powiedzieć, Ted wyciągnął kartkę od pana Dimasa, na której widniał adres miejsca, z którego miano nas zabrać.
– Musimy dotrzeć na róg Maple i Whale – rzekł. – Może ściągniemy twojego tatę, żeby nas podwiózł, co, Harker?
Oto, co musicie wiedzieć o Tedzie Russellu: nie potrafiłby nawet napisać IQ. Nie dlatego, że jest głupi, chociaż jest, jak kilo gwoździ, lecz ponieważ w ogóle go to nie obchodzi. Był rok starszy ode mnie, bo zimował już w jednej klasie. Wiedziałem, że usłyszę od niego najwyżej dowcipy, na które prychnąłby nawet przedszkolak. Ale byłem gotów znieść towarzystwo bezczelnego głupka Russella tylko po to, by pobyć choć trochę – albo i zawsze – z Roweną Danvers.
Możliwe, że w liceum w Greenville dałoby się znaleźć ładniejsze, mądrzejsze i ogólnie rzecz biorąc, milsze dziewczyny, ale jakoś nie miałem ochoty ich szukać.
