
Zanim jednak zdołała coś powiedzieć, Samuel Pillinger już wtórował żonie:
– Masz rację, moja droga! Przeklęty intruz – mruczał z przekonaniem.
– Ależ… – Elyn znów nie zdołała wykrztusić słowa, gdyż do chóru dołączył się jej brat.
– I zabrał nam najlepszych pracowników! – oskarżał zaciekle.
– I najlepszych klientów… – dodał Samuel.
Przez następne dziesięć minut, podczas gdy Elyn milczała, wszyscy prześcigali się w oskarżeniach pod adresem Maximiliana Zappellego.
Późnym wieczorem, gdy leżała w łóżku, nawiedziło ją coś w rodzaju poczucia winy z tego powodu, że w imię uczciwości nie podjęła obrony tego człowieka. Natychmiast jednak się otrząsnęła. Bronić go? Do licha! Jej rodzina ma rację! – pomyślała, uświadamiając sobie ich straszne położenie. Czemu miałaby bronić tego włoskiego intruza!
Nazajutrz rano zupełnie zapomniała o Maximilianie Zappellim. Pan Eldred, dyrektor banku, wiedział już o bankructwie Huttona i bynajmniej nie był zachwycony wystąpieniem Pillingera o pożyczkę.
– Jak więc mam opłacić personel? Niech mi pan powie – naciskał Samuel.
– Ma pan na to trzy tygodnie. Sugerowałbym, by zechciał się pan przyjrzeć portfelowi swoich akcji – doradził Eldred.
– Mam sprzedać akcje?
Gdy wychodzili, Samuel mruczał, że przez lata przysparzali temu bankowi obrotów, a teraz, gdy znaleźli się w trudnej sytuacji…
Będąc człowiekiem honoru, uznał, że płace mają bezwzględne pierwszeństwo i wydał polecenie sprzedaży akcji. W tydzień później sytuacja uległa jednak dalszemu pogorszeniu. Liczni dostawcy Huttona, po przykrym doświadczeniu z bankructwem jego zakładów, zaczęli domagać się od Pillingera natychmiastowego zwrotu zaciągniętych przez niego kredytów, grożąc mu wstrzymaniem dalszych dostaw.
Wyrok na firmę zapadł. Samuel musiał pogodzić się z klęską. Przegrał jednak z godnością. W ostatni dzień października zakłady zostały zamknięte. Za cenę sprzedaży niemal wszystkich środków trwałych zdołano uniknąć bankructwa i spłacono należności.
