
– Tak mi przykro… – Elyn stała obok ojczyma i Guya, żegnając kolejno wszystkich pracowników.
– I co teraz, tato? – spytał Guy.
Elyn nurtowało to samo pytanie, ale odpowiedź Sama całkowicie ją zaskoczyła.
– Trochę odpoczniemy i chyba zaczniemy od nowa – oznajmił.
– Od nowa?! – wykrzyknęła. – Sam, przecież nie mamy ani grosza! Nie mamy nawet na życie… – urwała.
Wiedziała, że przy swoim artystycznym usposobieniu ani jej ojczym, ani Guy nie są w stanie trzeźwo ocenić sytuacji.
Spróbowała inaczej.
– Myślałam, że po sprzedaży całego ruchomego wyposażenia, moglibyśmy wystawić na sprzedaż piece, budynki…
– Co takiego?! – wykrzyknął Sam. – Wystawić na sprzedaż?! Żeby wykupił je ten Włoch?! Nigdy!
Elyn wiedziała, że Maximilian Zappelli wcale nie jest zainteresowany budynkami, w których mieściły się Zakłady Pillingera. Nie chcąc wszakże drażnić Sama – ten dzień był dla niego i tak wystarczająco trudny – milczała, podczas gdy on ciągnął dalej:
– To mój ojciec założył te zakłady! Zobaczysz, że na nowo je uruchomię!
Przerwał, gdyż w polu widzenia pojawił się Hugh Burrell. Sam wyciągnął rękę, gotów wygłosić grzecznościową formułę. Tymczasem Burrell zignorował ten gest, udając, że nie dostrzega ani jego, ani Guya. Stanął przed Elyn, wbijając w nią swoje fałszywe spojrzenie.
– Dziękuję za świąteczny prezent! – rzucił z wściekłością.
W tej chwili Elyn zdała sobie sprawę, że ten człowiek żywi do niej mściwą niechęć i głęboką urazę. Z ulgą pomyślała, że nigdy więcej nie będzie musiała go widywać.
Na koniec tego smutnego dnia zamknęli budynek zakładów i wrócili do domu. Jechali osobno, każdy własnym samochodem, ale dotarli na miejsce równocześnie.
– Więc było aż tak źle? – Elyn słyszała łagodny głos matki witającej Samuela.
Była dumna, że w odróżnieniu od Loraine, jej matka wykazywała dużo większe zrozumienie sytuacji, niż świadczyłaby jej początkowa reakcja.
