
— Wiec dlaczego nie zabrałeś mnie ze sobą w zeszłym roku?
— Ponieważ jesteś osobą towarzyską, a najlepszym środowiskiem dla ciebie jest miasto. Możesz być szczęśliwa tylko tutaj w Port.
— Ale n i e jestem tutaj szczęśliwa.
— Jesteś tutaj mniej nieszczęśliwa niż byłabyś gdziekolwiek indziej na tej planecie.
— Mogliśmy spróbować — powiedziała i odwróciła się do mnie plecami. Popatrzyła wzdłuż zbocza w dół, w kierunku portowych świateł.
— Wiesz — odezwała się po jakimś czasie. — Jesteś tak cholernie brzydki, że aż pociągający. O to właśnie chodzi.
Zatrzymałem rękę w odległości kilku centymetrów od jej ramienia.
— Jesteś — ciągnęła swoim matowym, beznamiętnym głosem — koszmarem w ludzkiej postaci. Opuściłem rękę, stłumiłem chichot w piersi.
— Wiem — przyznałem. — Przyjemnych snów. Chciałem się odwrócić, lecz ona chwyciła mnie za rękaw.
— Zaczekaj!
Spuściłem wzrok na jej dłoń, spojrzałem jej w oczy, po czym znów na jej rękę. Puściła mnie.
— Wiesz, że nigdy nie mówię prawdy — oświadczyła, po czym zaśmiała się krótko i niepewnie. — I p r z y s z ł o mi do głowy coś, o czym powinieneś wiedzieć na temat tej podróży. Jest tu Donald Dos Santos i przypuszczam, że on też jedzie.
— Dos Santos? To absurd.
— Jest teraz w bibliotece, z George'em i jakimś wielkim Arabem.
Odwróciłem od niej wzrok i spojrzałem w dół na port, na cienie, które podobnie do moich myśli przemieszczały się ciemnymi zaułkami, mroczne i powolne.
— Wielkim Arabem? — powtórzyłem po chwili. — Z pokiereszowanymi rękami? O żółtych oczach? Nazwiskiem Hasan?
— Tak, zgadza się. Znasz go?
— Pracował kiedyś dla mnie na, zlecenie — przyznałem. Choć wieść ta zmroziła mi krew w żyłach, uśmiechnąłem się, bo nie lubię, kiedy ludzie wiedzą, co myślę.
— Uśmiechasz się — powiedziała. — Powiedz, co myślisz.
