— Słyszałem, że przyjechał Dos Santos — powiedziałem.

— Tak.

— Po co?

— Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi.

— No, no, no. Gdzie się podziała twoja cudowna świadomość polityczna? Wydział Krytyki Literackiej zawsze wychwalał cię za nią pod niebiosa.

— W moim wieku zapach śmierci staje się coraz bardziej niepokojący za każdym razem, kiedy go napotykam.

— A Dos Santos tak pachnie?

— Cuchnie.

— Słyszałem, że zatrudnił naszego dawnego współpracownika, jeszcze z czasów Sprawy Madagaskarskiej.

Phil przechylił głowę i obdarzył mnie kpiącym spojrzeniem.

— Dość szybko wieści docierają do twoich uszu. Ale z drugiej strony jesteś przyjacielem Ellen, Tak, Hasan też przyjechał. Jest na górze z Donem.

— Komu pomoże zrzucić ciężar ludzkiej egzystencji?

— Już powiedziałem, nie wiem i nic mnie to wszystko nie obchodzi.

— Może spróbujesz zgadnąć?

— Nie mam ochoty.

Wkroczyliśmy do części sali, gdzie było niewielu ludzi. Przez cały czas podążał za nami mechanicznie opuszczany barek. Nie mogąc już dłużej oprzeć się pokusie, by się napić, przystanąłem i wcisnąłem guzik w kształcie żołędzia umieszczony na końcu zwisającego sznurka. Barek opuścił się posłusznie, ochoczo otworzył i ukazał skarby swojego oszronionego wnętrza, a ja wziąłem drinka z rumem.

— Co za radosny widok! Postawić ci drinka, PhiI?

— Myślałem, że się spieszysz.

— Tak, ale chcę się trochę rozejrzeć.

— No dobrze. Napiję się sztucznej coli.

Spojrzałem na niego spod przymkniętych powiek i podałem mu napój. Gdy chwilę później odwrócił się, podążyłem za jego wzrokiem w kierunku foteli ustawionych we wnęce, którą z dwóch stron tworzył północno-wschodni narożnik pokoju, a z trzeciej duża telinstra. Na instrumencie grała starsza kobieta o rozmarzonych oczach. Dyrektor Ziemi Lorel Sands palił fajkę…



15 из 175