
William Tenn
Jak odkryto Morniela Mathawaya
Wszyscy dziwią się zmianom, jakie zaszły w życiu Morniela Mathawaya, od czasu kiedy odkryto jego talent. Wszyscy z wyjątkiem mnie. Pamiętają go jako niedomytego i pozbawionego zdolności pacykarza z Greenwich Village, który co drugie zdanie rozpoczynał od „ja”, a co trzecie kończył na „mnie”. Narzucał wszystkim to dobre o sobie mniemanie podszyte niepewnością człowieka, który podejrzewa, że w rzeczywistości należy do drugiej albo i niższej kategorii. Każda z nim rozmowa sprawiała, że chciało się zatkać uszy wobec tych wszystkich nieznośnych przechwałek.
Rozumiem tę jego przemianę, krytyczne podejście do samego siebie, a także jego nagły, niezwykły sukces. No, ale w końcu byłem przy nim tego dnia, kiedy „odkryto” jego talent, choć może należałoby to inaczej ująć, zważywszy, jak całkiem niemożliwa — tak, powiedziałem „niemożliwa” zamiast „nieprawdopodobna” — jest ta cała sprawa. Wiem tylko, że gdy próbuję coś z tego zrozumieć, to od nadmiaru myślenia dostaję zaparcia, bólu głowy i odkłada mi się kamień w nerkach.
Tamtego dnia rozmawialiśmy o jego talencie. Siedziałem, zachowując z trudem równowagę, na drewnianym krześle w jego małym nie dogrzanym mieszkaniu — atelier na Bleecker Street. Wiedziałem już, że nie należy siadać w fotelu.
Z pomocą tego fotela Morniel opłacał praktycznie całe komorne. Był on wytartym do cna kłębem przybrudzonej tapicerki, która sterczała wysoko z przodu, a z tyłu głęboko się zapadała. Kiedy się w tym siadało, różne rzeczy zaczynały ci wypadać z kieszeni — drobne, klucze, portfel, wszystko — i ginąć w dżungli zardzewiałych sprężyn i nadpróchniałego drewna.
Za każdym razem, kiedy ktoś przychodził po raz pierwszy, Morniel z wielkimi honorami sadzał go na tym „bardzo wygodnym fotelu”. A gdy biedak boleśnie skręcał się, próbując znaleźć kawałek miejsca pomiędzy sprężynami, oczy Morniela jaśniały i cały pokój wypełniał się jego uśmiechem. Bo im bardziej ktoś się ruszał, tym więcej rzeczy mu wypadało z kieszeni.
