
Po wyjściu gościa rozkręcał fotel i podliczał dochód, niczym właściciel sklepu sprawdzający kasę po wielkiej wyprzedaży.
Kłopot polegał na tym, że siedząc na drewnianym krześle należało bardzo uważać. Krzesło było kulawe.
Morniel nic nie tracił — zawsze siadał na łóżku.
— Nie mogę się doczekać dnia — zwykł był mawiać — kiedy jakiś kupiec, jaiś krytyk, ktoś z odrobiną oleju w głowie przyjdzie obejrzeć moje prace. Ja mam rację, Dave, wiem, że mam rację; tylko jestem po prostu zbyt dobry. Wiesz, czasem aż się boję, gdy pomyślę sobie, jaki jestem dobry. Chyba zbyt wiele talentu jak na jednego człowieka.
— No — próbowałem odpowiedzieć — zawsze jeszcze…
— Nie żeby zbyt wiele talentu jak na mnie — ciągnął jakby w obawie, że mogłem go źle zrozumieć. — Na szczęście mam w sobie dość wielkości, żeby to unieść, jestem potężny w duchu. Ale ktoś inny, ktoś mniejszego pokroju nie wytrzymałby takiej pełni percepcji, tego zrozumienia undywidualnej duchowości, jak by to można ująć. Jego mózg po prostu by pękł pod takim ciężarem. Ale nie mój, Dave, nie mój.
— To dobrze — ucieszyłem się. — Miło mi to słyszeć. A teraz, jeśli nie masz…
— Wiesz, o czym dziś rano myślałem?
— Nie — bąknąłem zbity z tropu. — Ale szczerze mówiąc naprawdę…
— Myślałem o Picassie, Dave. O Picassie i Roualt. Poszedłem sobie na spacer w stronę targu, żeby zjeść jakieś śniadanie — wiesz, stary chwyt Morniela, ręka szybsza niż oko — i zacząłem rozmyślać o współczesnym malarstwie. Dużo o tym myślę, Dave. Martwi mnie to.
— Tak? — spytałem bez zainteresowania. Hm, ja raczej…
— Poszedłem ulicą Bleecker, skręciłem do parku przy Washington Square i idąc, tak sobie myślałem: kto naprawdę robi coś istotnego we współczesnym malarstwie, kto jest rzeczywiście i bezapelacyjnie wielki? Mogłem wymienić tylko trzy nazwiska: Picasso, Roulat — i ja. W tej chwili nie ma nikogo więcej, kto by robił coś wartościowego i oryginalnego. Tylko trzy nazwiska spośród całego tłumu ludzi, którzy w tej chwili na świecie pracują pędzlem; tylko trzy nazwiska i koniec. Przez to poczułem się bardzo samotny, Dave.
