
Zmarszczył czoło.
— Chyba sobie nie przypominam… Do której ze szkół poetyckich pan należy?
— Hm, różnie to nazywają. Najczęściej antyimażyści. Tak, antyimażyści albo postimażyści.
— Nie — odrzekł pan Glescu po któtkim namyśle. — Jedynym poetą, jakiego pamiętam z tego czasu i tej części świata, jest Peter Tedd.
— A któż to jest Peter Tedd? Nigdy o takim nie słyszałem.
— Widocznie jeszcze nie odkryto jego talentu. Ale proszę pamiętać, że jestem krytykiem sztuki, a nie literatury. Jest całkiem możliwe — mówił dalej, aby mnie pocieszyć — że jeśli wspomniałby pan swoje nazwisko specjaliście z dziedziny pomniejszych poetów dwudziestowiecznych, potrafiłby on bezbłędnie umiejscowić pana w czasie. Całkiem możliwe.
Spojrzałem na Morniela, który szczerzył do mnie zęby, siedząc na łóżku. Już całkiem ochłonął i zaczynał powoli rozumieć swoją sytuację. Całą tę sytuację. Swoje własne położenie. Moje.
Uznałem, że nienawidzę każdego kawałka jego parszywego ciała.
Dlaczego to musiał być ktoś taki jak Morniel Mathaway, do którego tak szczęśliwie uśmiechnął się los? Tylu było malarzy, a przy tym przyzwoitych ludzi, a tu masz, ten chełpliwy próżniak.
A przez cały czas moje myśli krążyły wokół jednego. To tylko dowodzi, powtarzałem sobie, że potrzebna jest perspektywa historii, aby cokolwiek w sztuce odpowiednio ocenić. Wystarczy pomyśleć o wszystkich, którzy należeli w swoich czasach do grubych ryb, a dziś są zapomniani — na przykład ten współczesny Beethovenowi: dopóki żył, uważano go za wielkiego człowieka, a dziś jego nazwisko jest znane tylko muzykologom. No, ale…
Pan Glescu popatrzył na palec wskazujący prawej dłoni, gdzie bezustannie pulsowała mu czarna plamka.
— Zostało mi mało czasu — odezwał się. — I choć jest to dla mnie niewypowiedziany zaszczyt stać w pańskiej, panie Mathaway, pracowni i widzieć pana we własnej osobie, pragnę zapytać, cze nie spełniłby pan mojego maleńkiego życzenia?
