
— Jasne — zgodził się Morniel, wstając z łóżka. — Proszę mówić. Dla pana nic nie będzie zbyt szczodre. Czego pan sobie życzy?
Pan Glescu przełknął ślinę, jak gdyby miał zapukać do bram raju.
— Tak sobie myślę… Z pewnością nie będzie to panu przeszkadzać… Czy pozwoliłby mi pan rzucić okiem na płótno, nad którym pan w tej chwili pracuje? Ta myśl, że ujrzę dzieło Mathawaya w nie ukończonym stanie, jeszcze mokre od farby… — Zamknął oczy, jakby nie mógł uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.
Morniel skłonił się dwornie i podszedł do sztalug. Zerwał zasłonę.
— Mam zamiar to nazwać… — głos zrobił mu się głęboki, niczym Wielki Kanion — … „Figurynki w desenie, nr 29”.
Smakując powoli tę chwilę, pan Glescu otworzył oczy i pochylił się do przodu.
— Ależ… — szepnął po dłuższej chwili. — To chyba nie jest pańskie dzieło, panie Mathaway?
Morniel obrócił się zdumiony i przyjrzał się malowidłu.
— Wszystko w porządku, to mój obraz. „Figurynki w desenie, nr 29”. Poznaje pan?
— Nie — zaprzeczył markotnie pan Glescu. — Nie poznaję. Ale za to właśnie — ożywił się — jestem panu ogromnie wdzięczny. Czy mógłbym zobaczyć coś jeszcze? Coś z późniejszego okresu?
— To namalowałem ostatnio — wyznał Morniel trochę niepewnie. — Cała reszta jest wcześniejsza. O, może to się panu spodoba? — Zdjął jeden obraz ze stojaków. — Nazwałem to „Figurynki w desenie, nr 22”. Wydaje mi się, że z mojego wczesnego okresu ten jest najlepszy.
Pan Glescu zadrżał.
— To wygląda jak plamy farby namazane na innych plamach.
— Tak jest! To właśnie nazywam „plama na plamie”. Ale pan pewnie wszystko to wie, będąc takim autorytetem w mojej dziedzinie. A oto „Figurynki w desenie, nr…”
— Czy nie mógłby pan zostawić w spokoju tych… tych figurynek? — zawołał błagalnie pan Glescu. — Chciałbym ujrzeć któreś z pańskich kolorowych dzieł. Pełnych barw i form!
