Pan Glescu pokazał pierwszą reprodukcję.

Nawet teraz, gdy sobie przypomnę, jak to pierwszy raz ujrzałem, kolana mi się uginają. Była to barwna abstrakcja, ale taka, jakiej w życiu sobie nie wyobrażałem. Jak gdyby wszystkie dzieła wszystkich dotychczasowych abstrakcjonistów były tylko próbką na poziomie przedszkola.

To się musiało podobać — chyba że ktoś nie miał oczu — niezależnie od tego, czy do tej pory cenio się tylko malarstwo realistyczne; nawet niezależnie od tego, czy w ogóle ktoś się interesował malarstwem jakiejkolwiek szkoły.

Nie mam skłonności do rozrzewniania się, ale naprawdę poczułem, że mam łzy w oczach. Każdy, kto choćtrochę był wrażliwy na piękno, musiał zareagować w ten sam sposób.

Każdy, ale nie Morniel.

— Aa, coś takiego — rzekł, jak gdyby nagle go oświeciło. — Dlaczego pan nie powiedział, że o to panu chodzi?

Pan Glescu zacisnął dłoń na brudnej koszuli Morniela.

— Chce pan powiedzieć, że i takie obrazy pan ma?

— Nie obrazy — obraz. Tylko jeden. Zrobiłem go w ubiegłym tygodniu, jako coś w rodzaju eksperymentu, ale efekt mi się nie całkiem podobał, więc dałem go jednej dziewczynie z dołu. Chce pan rzucić okiem?

— O, tak! Bardzo, bardzo!

Morniel wziął książkę i rzucił niedbale na łóżko.

— Dobrze — powiedział. — Więc chodźmy. Nie zajmie nam to dużo czasu.

Kiedy schodziliśmy po schodach, targały mną sprzeczne uczucia. Jednego byłem pewien — jak tego, że William Szekspir żył przed Charlesem Dickensem — nic, co Morniel do tej pory zrobił, ani co zrobiłby kiedykolwiek, nie było w stanie zbliżyć się na odległość miliona lat estetycznych do reprodukcji z tej książki. A mimo całej jego chełpliwości, mimo jego — zdawałoby się — bezgranicznego zadufania, byłem pewien, że on także o tym wiedział.



13 из 18