
Morniel podrapał się po głowie.
— Właściwie to nie malowałem od dawna nic kolorowego. A, zaraz! — Rozjaśnił się i zaczął szukać z tyłu stojaka. Wyciągnął jakieś stare płótno. — Zachowałem je jako jedno z niewielu z okresu „różowych cętek”.
— Jak to się stało? — wymamrotał raczej do siebie pan Glescu. — To z całą pewnością… — Wzruszył ramionami aż do uszu w sposób znany każdemu, kto widział krytyka sztuki w akcji. Po takim wzruszeniu ramionami nie potrzeba słów. A jeśli to ty namalowałeś obraz, na który akurat patrzy, to nawet nie chciałbyś słów.
Morniel zaczął gorączkowo wyciągać obrazy. Pokazywał je panu Glescu, który krztusił się, jakby zbierało mu się na nudności; potem wyciągał następne obrazy.
— Nic nie rozumiem — rzekł boleśnie pan Glescu, patrząc na podłogę zasłaną płótnami rozpiętymi na drewnianych ramach. — Najwyraźniej to było przed tym, jak odkrył pan swój talent i swoją prawdziwą technikę. Ale szukam jakiegoś znaku, wzkazówki tego przyszłego geniusza. I widzę… — Pokręcił bezradnie głową.
— A ten? — spytał Morniel, ciężko dysząc.
Pan Glescu odepchnął go z całej siły.
— Proszę, niech pan to zabierze! — Znów spojrzał na swój palec. Zauważyłem, że ta czarna plamka pulsuje znacznie wolniej.
— Muszę niedługo wracać — powiedział. — Ale wciąż nic nie rozumiem. Coś panom pokażę.
Wszedł do purpurowej skrzyni i przyniósł jakąś książkę. Zaprosił nas ruchem ręki. Morniel i ja stanęliśmy za jego plecami, zaglądając mu przez ramię. Kartki dziwnie dzwoniły przy odwracaniu. Jedno było pewne — nie zrobiono ich z papieru. A na stronie tytułowej…
„Malarstwo Morniela Mathawaya (1928-1996)”.
— Urodziłeś się w roku 1928? — spytałem gwałtownie.
Morniel skinął głową.
— 23 maja 1928 roku. — I zamilkł. Wiem, o czym myślał i zrobiłem szybkie obliczenia. Sześćdziesiąt osiem lat. Niewielu ludziom dane jest wiedzieć dokładnie, ile jeszcze mają czasu. Sześćdziesiąt osiem lat. Nie najgorzej.
