
Nikt też nie nosił już spodenek. Cała młódź paradowała w niebieskich i czarnych dżinsach, zjeżdżających nisko w stronę ziemi jak pantalony, które cyrkowi klauni wkładają dla większego śmiechu. W pasie opadały im na jaja, odsłaniając szpanerskie markowe bokserki. Myron nie chciał uchodzić za zgreda, który zrzędzi na modę młodego pokolenia, lecz przy niej spodnie dzwony i buty na platformach wydawały się całkiem praktyczne. Jak możesz dać z siebie wszystko, skoro bez przerwy musisz podciągać opadające sztany?
Ale największa zmiana zaszła w spojrzeniach. Kiedy przyjechał tu po raz pierwszy jako piętnastoletni uczeń szkoły średniej, był wystraszony, jednakże wiedział, że jeśli chce się wznieść na wyższy poziom, musi zmierzyć się z najlepszymi rywalami. A to oznaczało grę tutaj. Nie powitano go z otwartymi rękami. Skądże. Połączona z zaciekawieniem niechęć w oczach tamtych chłopców była niczym w porównaniu ze śmiertelną wrogością, z jaką patrzyli na niego ci. Ich nienawiść była jawna, bezpośrednia, pełna zimnej rezygnacji. Pewnie to banał, ale wówczas – niespełna dwadzieścia lat temu – było tu nieco inaczej. Może więcej nadziei. Trudno powiedzieć.
– Nawet ja bałabym się tu grać – odezwała się Brenda, jakby czytając w jego myślach.
Myron skinął głową.
– Nie było ci łatwo, co? Przyjeżdżać tutaj, żeby grać w kosza.
– Twój ojciec mi to ułatwił – odparł.
Uśmiechnęła się.
– Nie mogłam pojąć, dlaczego tak cię polubił. W zasadzie nienawidził białych.
– To ja jestem biały? – spytał Myron, udając, że wzdycha.
– Jak Pat Buchanan.
