
Zaśmiali się z przymusem.
– Opowiedz mi o tych groźbach – ponowił prośbę Myron.
Brenda spojrzała w szybę. Minęli plac usłany kołpakami samochodowymi. W słońcu lśniły setki, może tysiące dekli. Osobliwy interes. Ludzie kupują nowe dekle tylko wtedy, kiedy im je ukradną. Kradzione dekle lądują w miejscu takim jak to. Tak się nakręca koniunkturę.
– Dostaję telefony – zaczęła. – Głównie w nocy. Raz zagrozili mi, że mnie uszkodzą, jeśli nie znajdę ojca. Innym razem powiedzieli, że lepiej dla mnie, by pozostał moim menedżerem. – Zamilkła.
– Podejrzewasz, co to za jedni?
– Nie.
– Nie domyślasz się, dlaczego ktoś chce znaleźć twojego ojca?
– Nie.
– Ani dlaczego zniknął?
Potrząsnęła głową.
– Norm wspomniał, że jeździ za tobą jakiś samochód.
– Nic o tym nie wiem.
– A ten głos w telefonie. Jest zawsze ten sam?
– Nie.
– Męski, żeński?
– Męski. Głos białego. W każdym razie tak brzmi.
– Czy Horace uprawia hazard?
– Nie. Hazard uprawiał mój dziadek. Przegrał wszystko, co miał, czyli niewiele. Tata się w to nie bawił.
– Pożyczał pieniądze?
– Nie.
– Na pewno? Nawet jeśli otrzymywał pomoc finansową, twoje wykształcenie musiało sporo kosztować.
– Od dwunastego roku życia dostawałam stypendium.
Myron skinął głową. Na chodniku przed nimi potknął się mężczyzna w bieliźnie od Calvina Kleina, butach narciarskich nie do pary i wielkiej rosyjskiej czapie uszance w stylu doktora Żywago. Nie miał na sobie nic poza tym. Żadnej koszuli ani spodni. W dłoni ściskał brązową torbę w taki sposób, jakby pomagał jej przejść przez ulicę.
– Kiedy zaczęły się te telefony?
– Tydzień temu.
– Po zniknięciu twojego taty?
Brenda skinęła głową. Z jej spojrzenia wyczytał, że ma więcej do powiedzenia. W końcu doczekał się odpowiedzi.
– Za pierwszym razem kazano mi zadzwonić do matki – powiedziała cicho.
