– Zjesz coś chińskiego? – spytała.

– Jasne.

– Po hunańsku, syczuańsku, kantońsku?

– Syczuańsku.

– Zgoda. Syczuański ogród, syczuańskiego smoka czy syczuańskie cesarstwo?

– Poprzednim razem smok był tłusty – odparła po chwili. – Weźmy cesarstwo.

Przeszła przez kuchnię i cmoknęła go w policzek. Jej włosy pachniały jak dzikie kwiaty po letniej burzy. Myron uścisnął ją krótko, chwycił z szafki menu i po ustaleniu, że zjedzą pikantną kwaśną zupę oraz porcje krewetek z warzywami, zadzwonił, natrafiając jak zwykle na barierę językową. Czy nie mogli choć raz posadzić w dziale zamówień kogoś, kto mówił po angielsku?! Po sześciokrotnym powtórzeniu numeru swojego telefonu odwiesił słuchawkę.

– Dużo napisałaś? – spytał.

Skinęła głową.

– Pierwszą wersję skończę do Bożego Narodzenia.

– Myślałem, że ostateczny termin to sierpień.

– O co ci chodzi?

Usiedli przy kuchennym stole. Kuchnia, salon, jadalnia i pokój telewizyjny tworzyły jedno wielkie przestronne pomieszczenie z sufitem zawieszonym cztery i pół metra nad głowami. Za sprawą ceglanych ścian i odsłoniętych metalowych belek było tu zarazem artystowsko i trochę jak na stacji kolejowej. Jednym słowem, klawo.

Przywieziono jedzenie. Wdali się w pogawędkę o minionym dniu. Myron opowiedział Jessice o Brendzie Slaughter. Siedziała i słuchała na swój wyjątkowy sposób. Należała do osób, przy których opowiadający miał wrażenie, że na świecie jest tylko ich dwoje. Kiedy skończył, zadała mu kilka pytań.

Wstała, nalała sobie ze szklanego dzbanka wody i usiadła.

– We wtorek lecę do Los Angeles – powiedziała.

– Znowu?

Skinęła głową.

– Na długo?

– Nie wiem. Tydzień, dwa.

– Dopiero co stamtąd wróciłaś.

– Tak. I co z tego?

– Byłaś tam w sprawie filmu.

– Tak.

– Więc po co tam znowu lecisz?

– Muszę poszukać materiałów do książki.



25 из 241