ność z dyspozytorem, rozpaczliwie czekając na kolejne informacje.

– Dzwoni następny facet! – krzyknął dyspozytor.

– Kto? – odkrzyknął Emerson.

– Komandos z biura werbunkowego.

– Był świadkiem?

– Nie, znajdował się w środku. Jednak teraz jest na zewnątrz.

Emerson zacisnął zęby. Wiedział, że nie będzie pierwszy na miejscu zbrodni. Nawet nie w pierwszej dziesiątce. Zdawał sobie sprawę z tego, że musi dowodzić z tyłu. Tak więc potrzebował dobrych oczu. Natychmiast. Komandos? Ten się nada.

– W porządku – rzekł. – Połącz mnie z nim.

Usłyszał elektroniczne piski i trzaski, a potem nowe dźwięki. Uliczny hałas, odległe krzyki, plusk wody. Fontanna, pomyślał.

– Kto mówi? – zapytał.

Odpowiedział mu męski głos, opanowany, lecz głośny i zdyszany. Najwyraźniej mówiący trzymał słuchawkę blisko ust.

– Tu Kelly – powiedział mężczyzna. – Sierżant sztabowy piechoty morskiej Stanów Zjednoczonych. Z kim rozmawiam?

– Emerson, policja. Utknąłem w korku jakieś dziesięć minut od was. Co tam mamy?

– Pięć ofiar – powiedział komandos.

– Pięciu zabitych?


– Zgadza się. O kurwa.

– Ranni?

– Żadnego nie widzę.

– Pięciu zabitych i żadnego rannego?

– Zgadza się – powtórzył komandos.

Emerson nic nie powiedział. Widywał już strzelaniny w środku miasta. Widywał zabitych. Jednak nigdy nie widział wyłącznie zabitych. Po strzelaninach w mieście zawsze byli zabici i ranni. Zazwyczaj w identycznych proporcjach.


– Jest pan pewien, że nie ma rannych? – zapytał.

– Całkowicie, sir – odparł komandos.

– Kim są ofiary?

– Cywile. Czterech mężczyzn, jedna kobieta.

– Kurwa.

– Potwierdzam, sir – powiedział komandos.

– Gdzie pan był?

– W biurze werbunkowym.

– Co pan widział?



11 из 347