
Arthur opuścił plandekę i gładząc ją, mruknął: „do zobaczenia, Daisy”.
Wystarczyło trzy razy wcisnąć pedał gazu, potem przetrwać krótkie pokasływania samochodu, żeby usłyszeć regularny szmer silnika. Po kilku manewrach Arthura i tyluż przekleństwach Paula samochód wytoczył się z garażu i ruszył przez miasto na północ, w kierunku biegnącej wzdłuż Pacyfiku „jedynki”.
– Wciąż jeszcze o niej myślisz? – zapytał Paul. Arthur bez słowa otworzył okno. Chłodny powiew wiatru wdarł się do kabiny. Paul stuknął w lusterko wsteczne, jakby testował mikrofon.
– Raz, dwa, trzy, tak, to działa, czekaj, powtórzę próbę… Wciąż o niej myślisz?
– Zdarza mi się – odparł Arthur.
– Często?
– Trochę rano, trochę w południe, trochę wieczorem, trochę w nocy.
– Słusznie postąpiłeś, wyjeżdżając do Francji, żeby o niej zapomnieć. Wygląda na to, że się wyleczyłeś! W weekendy też o niej myślisz?
– Nie powiedziałem, że wyrzekam się życia, a ty pytałeś tylko, czy o niej myślę, więc odpowiedziałem. Jeżeli cię to uspokoi, to przyznam, że przeżyłem kilka miłostek, ale zmień już temat, bo nie mam ochoty o tym mówić.
Samochód mknął ku zatoce Monterrey i Paul spoglądał na przesuwające się za oknem plaże Pacyfiku. Kolejne kilometry przejechali w milczeniu.
– Mam nadzieję, że nie zamierzasz się z nią spotkać? – zapytał w końcu Paul.
Arthur nie odpowiedział i znów zapadła cisza.
Za oknem plaże zamieniały się w rozlewiska, przy których biegła asfaltowa wstęga drogi. Paul wyłączył radio, bo między wzgórzami zakłócenia stawały się nieznośne.
– Przyspiesz, nie zdążymy przed zachodem słońca!
– Mamy w zapasie dwie godziny, a poza tym nie wiedziałem, że jesteś miłośnikiem romantycznych widoków.
– Gwiżdżę na zachód słońca! Chodzi mi o dziewczyny na plaży!
